
Akademia Prawdy
@AkademiaPrawdy • 11,032 subscribers
Oficjalne konto grupy społecznej Akademia Prawdy - stawiamy na rzetelność, transparentność, wiarygodność i szacunek dla odbiorcy
Videos

Sejm nie powinien być miejscem dla Roberta Bąkiewicza 30 lipca 2026 w polskim Sejmie miało miejsce coś, co nie powinno się wydarzyć. Z mównicy sejmowej przemawiał rasistowski bojówkarz Robert Bąkiewicz działający od lat na rzecz PiS, i to nawet dwukrotnie. Dostał dwa razy po ponad 20 minut na rozpowszechnianie ksenofobicznych i rasistowskich poglądów. Tego dnia miało miejsce pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o ochronie bezpieczeństwa wewnętrznego w związku z realizacją polityki migracyjnej Unii Europejskiej. Wpłynął do Sejmu 29 kwietnia 2026 jako inicjatywa obywatelska. Formalnym wnioskodawcą był Komitet Inicjatywy Ustawodawczej, którego pełnomocnikiem został Robert Bąkiewicz, stąd jego obecność w Sejmie. Za przygotowanie i promocję projektu odpowiadała grupa osób kierowana przez Bąkiewicza. Zbiórkę podpisów prowadzili przede wszystkim działacze jego Ruchu Obrony Granic. Zbierano je podczas manifestacji, pikiet i wydarzeń publicznych. Projekt musiał uzyskać co najmniej 100 tys. podpisów. Udało się zebrać 170 tys. Według uzasadnienia projektu, jego głównym celem było zagwarantowanie, aby podczas wdrażania unijnej polityki migracyjnej Polska mogła wykorzystać zagwarantowane traktatowo kompetencje w zakresie utrzymania porządku publicznego i ochrony bezpieczeństwa wewnętrznego. Projektodawcy argumentowali, że dzięki temu możliwe byłoby skuteczniejsze przeciwdziałanie nielegalnej migracji oraz podejmowanie działań służących ochronie granic państwa. Projekt zajmował się np. przywróceniem kontroli granicznych. W trakcie debaty sejmowej podsekretarz stanu w MSWiA Maciej Duszczyk w imieniu rządu bardzo krytycznie ocenił projekt ustawy. Stwierdził, że projekt zawiera liczne błędy proceduralne i legislacyjne oraz, co dużo gorsze, może osłabić bezpieczeństwo Polski. Proponowane przepisy utrudniłyby szybkie reagowanie na zagrożenia migracyjne, np. poprzez ograniczenie możliwości czasowego zawieszania prawa do azylu oraz komplikowanie procedur przywracania kontroli granicznych. Wiceminister podkreślił, że obecny rząd skutecznie chroni granice z Białorusią, Niemcami i Litwą, przedstawiając dane o liczbie przeprowadzonych kontroli oraz działaniach Straży Granicznej. Wskazał również, że zmieniono zasady readmisji z Niemcami, zwiększono skuteczność deportacji oraz znacząco ograniczono liczbę wydawanych zezwoleń na pracę i dokumentów pobytowych, eliminując nadużycia. Maciej Duszczyk zaznaczył, że projekt ustawy nie dotyczy w rzeczywistości paktu migracyjnego UE, mimo że jest tak przedstawiany przez jego autorów. Przypomniał także, że rząd doprowadził do zmian w unijnej polityce deportacyjnej i że Polska, obok Danii, jest obecnie uznawana za wzór skutecznej polityki migracyjnej. W konkluzji ocenił, że projekt ustawy jest nieprzemyślany i stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Debata była burzliwa, co było łatwe do przewidzenia, bo projekt miał służyć przede wszystkim wzbudzeniu emocji i nastrojów antyimigranckich, a nie wzmocnieniu naszego bezpieczeństwa. Robert Bąkiewicz przekonywał, że masowa migracja doprowadziła w wielu państwach Europy Zachodniej do wzrostu przestępczości, napięć społecznych, powstawania gett oraz osłabienia bezpieczeństwa i spójności kulturowej. Odwoływał się do przykładów ze Szwecji, Francji, Niemiec, Austrii i Wielkiej Brytanii, twierdząc, że polityka integracji migrantów zakończyła się niepowodzeniem. Zarzucił obecnemu rządowi i Koalicji Obywatelskiej, że w przeszłości popierali rozwiązania sprzyjające migracji, sprzeciwiali się budowie zapory na granicy z Białorusią oraz bojkotowali referendum dotyczące polityki migracyjnej. Apelował do posłów o skierowanie projektu do dalszych prac. Po jego wystąpieniu wicemarszałek Sejmu Szymon Hołownia słusznie zwrócił uwagę, że mówca przez większość czasu przedstawiał publicystyczną ocenę migracji, natomiast nie omówił konkretnych zapisów projektu ustawy. W dalszej części debaty stanowiska klubów parlamentarnych były w oczywisty sposób podzielone. Posłanki i posłowie PiS okazywali wdzięczność Bąkiewiczowi za rzekomą ochronę zachodniej granicy, dziękowali za zebranie 170 tys. podpisów. Posłowie koalicji rządzącej oceniali projekt jako niezgodny z prawem, oparty na manipulacjach i wykorzystywaniu strachu przed migrantami, wnosząc o jego odrzucenie już w pierwszym czytaniu. Argumentowali, że obowiązujące przepisy zapewniają państwu odpowiednie narzędzia do ochrony granic i zapewnienia bezpieczeństwa. Odnosili się także do obecności Roberta Bąkiewicza na mównicy sejmowej. Posłanka PSL Agnieszka Maria Kłopotek: „Robert Bąkiewicz jest dla mnie symbolem wszystkiego, co w polskiej polityce najgorsze. Zamiast zbudować wspólnotę, od lat wzbudza konflikty, eskaluje napięcia i dzieli społeczeństwo. I jeszcze zrzuca kobiety ze schodów.” Posłanka przypomniała fakt zrzucenia protestującej kobiety ze schodów zapewne dlatego, że Bąkiewicz przywoływał szacunek do kobiet jako jeden z ważnych elementów polskiej kultury. „Patriotyzm nie polega na agresji, zastraszaniu i podsycaniu nienawiści, ale na odpowiedzialności za państwo i szacunku dla drugiego człowieka...Tacy ludzie jak pan Bąkiewicz nie powinni odgrywać żadnej roli w życiu publicznym i politycznym. Powinni zostać odsunięci od sceny politycznej i rozliczeni zgodnie z prawem.” Najostrzej wypowiedział się poseł KO Adrian Witczak: „Na 2 dni przed 1 sierpnia osoba zachowująca się jak faszysta w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej szczuje na ludzi…wywołałeś falę hejtu i nienawiści…przez którą cierpią ludzie. To nie jest patriotyzm. To jest granie na emocjach...To obrzydliwe zachowanie. Nie ma zgody na zło i nie można milczeć, kiedy zło się szerzy. Panie Bąkiewicz, jesteś zwykłą kreaturą.” Wicemarszałek Szymon Hołownia pouczył posła Witczaka, że nie powinien nikogo obrażać, jednak na koniec całej debaty wytknął wprost Bąkiewiczowi, że jest ksenofobem i rasistą: „Jeżeli ktoś mówi jak rasista, jeżeli ktoś mówi jak ksenofob, jeżeli ktoś zachowuje się jak ksenofob, to pewnie jest to ksenofob i rasista.” Stwierdził fakt, podobnie jak wcześniej poseł Witczak. Szymon Hołownia skonkludował debatę prośbą do Bąkiewicza: „pan mówi, że pan reprezentuje naród, Polskę i lud. Niech mnie pan nie reprezentuje.” 31 lipca 2026 Sejm przegłosował wniosek o odrzuceniu projektu ustawy wniesionej przez komitet Bąkiewicza w pierwszym czytaniu. Głosowało 446 posłów, za było 247, przeciw 199, wstrzymało się 0, nie głosowało 14. Projekt trafił do kosza. Pomimo tego, obraz Roberta Bąkiewicza przemawiającego z mównicy sejmowej pozostawi na długo niesmak, a nawet obrzydzenie. autor: Jarek Gasewicz dla Akademia Prawdy źródła: Sejm ilustracja: wycinki z wystąpienia Roberta Bąkiewicza w Sejmie 30.07.2026
Akademia Prawdy137,552 Aufrufe • vor 3 Monaten

Betonowy Błaszczak obraża polskich generałów W piątek 18 września 2026, były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak postanowił przypomnieć o sobie i o swojej linii obrony w sprawie bezprawnego ujawnienia przez niego państwowych tajemnic dotyczących obrony Polski w razie zaatakowania przez Rosję. Przypominamy, że 22 sierpnia 2025 prokuratura skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie akt oskarżenia przeciwko Błaszczakowi i kilku współsprawcom (w tym Sławomirowi Cenckiewiczowi i Agnieszce Glapiak). Akt oskarżenia ma 34 strony części jawnej oraz 11 kart części niejawnej oznaczonej klauzulą „TAJNE”. Błaszczakowi zarzucono, że jako minister obrony w lipcu 2023 bezprawnie zniósł klauzule „Ściśle Tajne” i „Tajne” z fragmentów dokumentów dotyczących strategicznego planowania obronnego, a następnie wykorzystał ich fragmenty publicznie. Chodzi przede wszystkim o dokument „Plan Użycia Sił Zbrojnych RP WARTA-00101 – Samodzielna Operacja Obronna” oraz fragment Polityczno-Strategicznej Dyrektywy Obronnej. Chodziło mu o skutek w kampanii wyborczej. Nie zwracał uwagi na to, że zdradza szczegóły koncepcji obrony terytorium Polski. Na dodatek świadomie okłamywał Polaków, twierdząc, że polscy generałowie chcieli oddać połowę terytorium i zacząć bronić się dopiero na linii Wisły. W rzeczywistości linia Wisły była jednym z kolejnym hipotetycznych etapów, na wypadek gdyby nie udało się obronić granic, a potem kolejnych linii obrony. Błaszczak broni się w sposób haniebny, bo po raz kolejny pluje na polskich generałów, chcąc ochronić siebie. Co powiedział Mariusz Błaszczak 18 września 2026 i dlaczego powinien ponieść za swoje słowa odpowiedzialność, przede wszystkim karną. Ale także w Sejmie, bo rażąco przekroczył granice w zakresie etyki posła na Sejm. „Gdyby rządziło Prawo i Sprawiedliwość, to Ford Trump byłby pierwszego dnia po…”. Nasuwa się pytanie: Pierwszego dnia po czym? Oni przecież rządzili przez 8 lat, a żaden „Fort Trump” nie powstał. Na pytanie dziennikarki TVP INFO: „Pan poważnie mówi, że Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej wzmacniał polskie wojsko? Mariusz Błaszczak odpowiedział: „Oczywiście, że tak. Oczywiście, że tak. Rozpoczął proces, który ja kontynuowałem i dzięki temu Wojsko Polskie liczy już ponad 200 tysięcy żołnierzy.” Macierewicz w rzeczywistości bardzo osłabił polską armię zastępując doświadczonych dowódców potulnymi wykonawcami swoich często bezprawnych poleceń, które włączały armię w bieżącą walkę polityczną, oczywiście po stronie PiS. Zerwał kontrakt na bojowe helikoptery Caracal, zamiast tego kupił dla wojska kilka pasażerskich samolotów do wożenia pisowskich notabli po świecie. Inne kontrakty wojskowe negocjował tak, jakby nie chciał ich finalizacji. Błaszczak po raz kolejny powtórzył kłamliwe tezy: „Rozbrajanie to było za pierwszego Donalda Tuska. Wtedy zlikwidowano nawet całą dywizję. Pierwszą warszawską dywizję zmechanizowaną imienia Tadeusza Kościuszki. Wtedy Wojsko Polskie liczyło 95 tysięcy żołnierzy i miało bronić Polski dopiero na linii Wisły.” Na czym polega kłamstwo Błaszczaka. Zacznijmy od tego, że Warszawska Dywizja Zmechanizowana rzeczywiście wywodziła swoją tradycję z 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, utworzonej w 1943 w ZSRR. Jej szlak bojowy prowadził między innymi przez Lenino i później Berlin. W 1955 została przeformowana w 1. Dywizję Zmechanizowaną. Dywizja została faktycznie rozformowana w 2011.Decyzja należała do ówczesnego MON, którym kierował Bogdan Klich. Nie oznaczało to jednak likwidacji wszystkich jednostek wchodzących w jej skład. Część jednostek została rozwiązana, ale większość przeniesiono do innych struktur. Przykładowo 1. Warszawska Brygada Pancerna została w 2011 przekazana do 16. Dywizji, a 21. Brygada Strzelców Podhalańskich została podporządkowana bezpośrednio Dowództwu Wojsk Lądowych. Dlaczego Mariusz Błaszczak z takim zapałem broni tradycji o charakterze komunistycznym? Może on sam jest kryptokomuchem? Słowa „Wtedy Wojsko Polskie liczyło 95 tysięcy żołnierzy i miało bronić Polski dopiero na linii Wisły.” są oczywistą manipulacją. Faktycznie, na początku rządów PiS w naszej armii było ok. 95 tys żołnierzy zawodowych, ale tej liczby Błaszczak w zasadzie nie powiększył. A teza, że Polska miała bronić się dopiero na linii Wisły to niezwykle bezczelne kłamstwo przepychane w mediach przez Błaszczaka i jego proputinowskich popleczników. On oczywiście wie, że prawdziwe plany obronne są tajne. Dlatego uważa, że może o nich bezkarnie kłamać. Pamiętajmy, że po wejściu Polski do NATO następowało zmniejszanie liczebności i reorganizowanie Sił Zbrojnych. W latach 2008–2010 zakończono proces profesjonalizacji armii, a liczebność wojska znacząco się zmniejszyła. Rozformowywano również inne jednostki, a nie tylko 1. Dywizję. Dziennikarka TVP INFO zadała kolejne pytanie: „A co z generałami, którzy masowo rezygnowali albo byli odwoływani?” Tu skompromitowany były minister obrony narodowej udziela niezwykle kontrowersyjnej odpowiedzi obrażającej polskich generałów i polską armię: „Natomiast generałowie starej daty powinni odejść na emeryturę. Źle, że oni wrócili teraz pod rządami Donalda Tuska...To jest beton, to jest beton… Mówię o generałach starej daty”. Dodaje coś, co go jeszcze bardziej pogrąża: „Kiedy rządziło Prawo i Sprawiedliwość generałowie młodego pokolenia przejęli ich obowiązki...W związku z tym Wojsko Polskie się rozwinęło. Niestety doradcami obecnego ministra obrony narodowej są generałowie starej daty. Są ludzie, którzy swoje doświadczenie nabywali w Związku Radzieckim.” Polityczny degenerat Błaszczak mówi o generałach, którzy być może rozpoczynali karierę u schyłku PRL, ale doświadczenie zdobywali na misjach zagranicznych, przechodzili szkolenia w USA, sprawdzili się w trudnych sytuacjach. Podczas gdy on jest tylko żałosnym „płaszczakiem”, podnóżkiem prezesa. Chciałoby się powiedzieć, że on jest zerem, ale przecież przydomek „zero” jest zarezerwowany dla zbiega ukrywającego się w USA. autor: Jarek Gasewicz dla Akademia Prawdy źródła: TVP info, Prokuratura ilustracja: fragmenty wypowiedzi Mariusza Błaszczaka dla TVP INFO z dnia 18.09.2026
Akademia Prawdy27,607 Aufrufe • vor 1 Monat

Kto wygrał wybory prezydenckie? Od wyborów prezydenckich minęło prawie pól roku. Czy ktoś już w Polsce wie jakie były prawdziwe wyniki tych wyborów? Ile głosów naprawdę dostali poszczególni kandydaci? Na razie wiemy tylko tyle, że Przewodniczący PKW Sylwester Marciniak podał w dniu 2 czerwca 2025 wyniki niezgodne z prawdą. Później przeliczano ponownie głosy w ponad 250 komisjach i w ponad 30% tych komisji potwierdzono błędy w liczeniu głosów. Czasami było to kilkaset źle zaliczonych głosów w jednej komisji, a wszystkich komisji było podczas tych wyborów 32.143. Na stronie PKW nadal podawane są wyniki nie uwzględniające przeprowadzonej częściowej weryfikacji, która objęła mniej niż 1% Obwodowych Komisji Wyborczych. Tam nadal podawane są fałszywe wyniki ogłoszone 2 czerwca 2025. Nikt nie kwestionuje faktu, że Karol Nawrocki został zaprzysiężony na Prezydenta RP. Nie wiemy jednak, ile naprawdę dostał głosów w wyborach, a więc nie mamy pewności czy on te wybory wygrał. W Polsce jest 16 województw. Wg danych na stronach PKW, Karol Nawrocki wygrał w zaledwie 6 województwach. Jakimś cudem zapewniło mu to minimalną przewagę w skali całego kraju. Jednym z tych sześciu województw jest województwo lubelskie. Wyniki podawane przez PKW dla tego województwa: NAWROCKI – 720.119 (66,54%) TRZASKOWSKI – 362.053 (33,46%) Rekordowe poparcie dla Karola Nawrockiego odnotowano w powiecie janowskim: NAWROCKI – 20.735 (84,26%) TRZASKOWSKI – 3.874 (15,74%) W tym powiecie mieszka prominentny działacz PiS Michał Moskal, znany ze swojej sprawności organizacyjnej. Znany także z tego, że zaręczyny zorganizował sobie w Kopalni Bogdanka. Poziom romantyzmu ok. 960 m poniżej zera. Na późniejszym ślubie w Janowie Lubelskim gościem weselnym był m. in. Przemysław Czarnek, najbardziej znany poseł PiS z województwa lubelskiego. PKW podaje następujące wyniki Karola Nawrockiego w poszczególnych gminach powiatu janowskiego: gm. Batorz – 1.611 (89,70%) gm. Chrzanów – 1.670 (94,40%) gm. Dzwola – 3.142 (92,82%) gm. Godziszów – 3.333 (94,66%) gm. Janów Lubelski – 6.099 (74,25%) gm. Modliborzyce – 2.899 (80,96%) gm. Potok Wielki – 1.981 (84,55%) Aż w trzech gminach poparcie przekraczało 90%, przy czym w kolejnej, czwartej wynosi prawie 90%, a dokładniej 89,7%. Takich wyników mógłby pozazdrościć sam Putin, tyle że on podobno zaleca swoim ludziom żeby nie przekraczać 80%, bo wyższe wyniki wyglądają niewiarygodnie. Analizując wyniki we wszystkich gminach w Polsce, których jest aż 2477, aż 2 gminy z powiatu janowskiego znajdują się w pierwszej trójce rekordowego poparcia (procentowo) dla Karola Nawrockiego – Godziszów i Chrzanów. W tej trójce znajduje się jeszcze gmina Kulesze Kościelne z województwa podlaskiego. Karol Nawrocki pojechał w sierpniu specjalnie do Godziszowa, by tam podziękować mieszkańcom, chociaż powinien dziękować przede wszystkim działaczom PiS. Na wykresach analizy statystycznej wyników wyborczych w powiecie janowskim widzimy wyraźnie tzw. „ruski ogon”. Jest to nietypowa anomalia polegającą na istnieniu wydłużonego „ogona” rozkładu frekwencji i wyników. W normalnych, uczciwych wyborach wykres rozkładu frekwencji i poparcia kandydatów zazwyczaj jest zbliżony do rozkładu normalnego (krzywa dzwonowa, bo przypomina rysunek dzwonu). Gdy wyniki są fałszowane (np. dosypanie głosów do urny), wówczas pojawia się nienaturalnie wysoki udział komisji z nadzwyczajnie wysoką frekwencją i/lub skrajnym wynikiem dla jednego kandydata. To zjawisko po raz pierwszy zauważono podczas rosyjskiego referendum konstytucyjnego w 2020, stąd nazwa. Przyjrzyjmy się gminie Chrzanów (oczywiście chodzi o ten lubelski, nie małopolski). Dla gminy Chrzanów PKW podaje nie tylko nadzwyczajnie wysokie poparcie dla Karola Nawrockiego 94,4%, ale także niezwykle wysoką frekwencję, bo aż 84,72%. Ta gmina wygrała w konkursie na najwyższą frekwencję zorganizowanym przez Marszałka Województwa Lubelskiego (Jarosław Stawiarski z PiS). Nagroda wyniosła 500 tys zł. Zauważmy, że PKW podaje średnią frekwencję w gminach do 5.000 mieszkańców jako 66,21%, a więc o jedną piątą niższą niż w gm. Chrzanów. Pisowscy działacze tłumaczą tę niezwykle wysoką frekwencję nadzwyczajną mobilizacją mieszkańców. Dlaczego więc w protokołach z II tury wyborów pojawiły się zastrzeżenia mężów zaufania? W gminie Chrzanów było tylko 5 komisji, w aż trzech czytamy niepokojące zastrzeżenia. Jest tam o nie zachowaniu tajności głosowania, przekazywaniu kart między sobą w grupach wyborców, udziale w głosowaniu osób bez okazania dowodu tożsamości oraz zakazie fotografowania brudnopisów z liczenia głosów. Samo wpisanie uwag do protokołu powinno bardzo zaniepokoić komisarza wyborczego. Ale od kwietnia 2023, tę funkcję dla powiatu janowskiego pełni Agnieszka Jurkowska-Chocyk, neo-sędzia pobierająca horrendalnie wysokie wynagrodzenie w Sądzie Najwyższym (nominacja 6 grudnia 2023). Ona niczego niepokojącego nie zauważyła. W sprawie niezwykłych wyników wyborów w gminie Chrzanów składano protesty wyborcze a potem co najmniej 2 zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa. Niestety, nie przeliczano tam ponownie głosów w jakiejkolwiek komisji, co odnosi się zresztą do całego powiatu janowskiego. W swojej niesławnej opinii sporządzonej na zamówienie Prokuratury Krajowej, dr hab. Jacek Haman nie wskazał ani jednej komisji w powiecie janowskim do ponownego przeliczenia głosów. Zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa podczas wyborów w gminie Chrzanów trafiły do Prokuratury Rejonowej w Janowie Lubelskim. Sygnatura akt 4186-0.Ds.608.2025. W dniu 19 września 2025 prokurator Dawid Wiśniewski wydał postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia. Nie odebrano od członków komisji wyborczych zeznań na protokół pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań, tylko ich rozpytano. Nie przeliczono ponownie głosów. Nie dokonano oględzin list z podpisami wyborców. Zaskarżyłem to postanowienie. Gdzieś w mediach społecznościowych pojawiła się złośliwa uwaga „Przegrzaliście w tym Chrzanowie i Godziszowie Towarzyszu Moskal, oj przegrzaliście.” Od siebie dodam, że chyba nie tylko tam. autor: Jarek Gasewicz źródła: PKW, archiwum autora
Akademia Prawdy75,037 Aufrufe • vor 11 Monaten

Bogdan Święczkowski nie jest Prezesem Trybunału Konstytucyjnego We wczorajszym „Trójkącie Politycznym” na TVP Info prof. Wojciech Sadurski Wojciech Sadurski bardzo otwarcie i konkretnie mówił o kryzysie wokół Trybunału Konstytucyjnego. Z wyraźnym żalem przyznał, że już w 2023 roku, a nawet wcześniej miał przygotowane konkretne pomysły na szybką reformę instytucji, w tym zdecydowane uporządkowanie statusu TK. Z różnych powodów (brak politycznej determinacji, obawy przed eskalacją konfliktu, ostrożność) te propozycje nie zostały wtedy wprowadzone w życie. Dziś uważa to za poważny błąd, który doprowadził do przedłużającego się pata konstytucyjnego, paraliżu części instytucji i osłabienia państwa prawa. Przedstawia jednak swój nowy pomysł na uporządkowanie sytuacji. Jego pierwsza główna teza jest bardzo stanowcza: obecny Trybunał Konstytucyjny w składzie z dublerami i pod kierownictwem prezesa Bogdana Święczkowskiego nie jest organem konstytucyjnym i nie powinien dalej funkcjonować w obecnej formie. Utracił legitymację przez lata wadliwych nominacji i działań, które pogłębiły chaos ( blokowanie legalnie wybranych sędziów, którzy złożyli ślubowanie w Sejmie w obecności notariusza). Wcześniej podnosił, że TK w aktualnej formie należy wyzerować najlepiej poprzez uchwałę Sejmu, która formalnie stwierdziłaby utratę zdolności do wykonywania funkcji konstytucyjnych, co stworzyłoby podstawę prawną do pełnego resetu. Być może nie jest to konieczne. Druga teza dotyczy nowego pomysłu na natychmiastowe działania przywracające pełną funkcjonalność. Nowo wybrani przez Sejm sędziowie TK powinni ukonstytuować się jako nowy, w pełni legalny Trybunał Konstytucyjny. Tych nowych sędziów jest w tej chwili siedmioro. Cały skład TK zgodnie z Konstytucją to 15 sędziów wybieranych przez Sejm na 9-letnią kadencję. Przy czym dwie osoby to tzw. dublerzy, których nie należy brać pod uwagę, tym bardziej, że jednemu z nich wkrótce kończy się kadencja. Spośród pozostałych sześciu sędziów wybranych jeszcze przez PiS, nie wszyscy są potulnymi wykonawcami poleceń Bogdana Święczkowskiego. Co najmniej dwóch byłoby prawdopodobnie skłonnych do udziału w pracach nowo ukonstytuowanego TK. Ten nowy Trybunał może zacząć realnie działać nawet poza obecnym budynkiem TK znajdującym się przy alei Szucha – nie chodzi o lokalizację, lecz o przywrócenie legalności. Nowy skład powinien niezwłocznie przejąć wszystkie kompetencje orzecznicze, akta spraw w toku, środki finansowe, infrastrukturę i wynagrodzenia, by państwo mogło normalnie funkcjonować bez dalszego paraliżu. Najnowszy pomysł prof. Wojciecha Sadurskiego obejmuje 3 zasadnicze punkty: 1) ukonstytuowanie nowej KRS złożonej z nowych siedmiorga sędziów + paru skruszonych sędziów wybranych jeszcze przez PiS 2) zmiana sposobu wypłaty wynagrodzeń sędziom TK, żeby nie przechodziły one przez księgowość w TK nadzorowaną przez Święczkowskiego 3) spowodowanie aby akta spraw były przekazywane przez personel TK do nowo ukonstytuowanego TK (to jest chyba najtrudniejsze) Profesor odniósł się także do pomysłu, który jest bardzo popularny w internecie, ale sugeruje, że proponowane przez niego rozwiązanie jest dużo lepsze. Ten pomysł dotyczy rozwiązania siłowego, jest bardzo konkretny i kontrowersyjny: jeżeli dotychczasowe kierownictwo i osoby blokujące reformę będą stawiać opór, nie można poprzestać na słowach. Konieczne jest zastosowanie środków administracyjnych, a w ostateczności także policyjnych – na przykład wyprowadzenie prezesa Święczkowskiego i innych osób uniemożliwiających działanie z siedziby TK, odcięcie dostępu do dokumentów i zabezpieczenie infrastruktury. Sadurski podkreślał, że same środki policyjne nie wystarczą, ale mogą być elementem szerszego, pozytywnego scenariusza przejęcia funkcji przez legalny organ. Dalsze czekanie i negocjacje w nieskończoność tylko utrwala kryzys. To nie jest wezwanie do anarchii, lecz pragmatyczny plan wyjścia z wieloletniego stanu „półkonstytucyjnego”, w którym TK zamiast chronić Konstytucję, sam stał się źródłem chaosu. Bez takich kroków pat będzie trwał, nowe wyroki będą kwestionowane, a obywatele nadal będą płacić cenę za prawny bałagan. Czas na odważne, konkretne decyzje. autor: Pieter dla Akademia Prawdy żródło: tvp.info 🇵🇱 Ilustracja: wycinki z programu „Trójkąt Polityczny” 21.07.2026
Akademia Prawdy27,912 Aufrufe • vor 3 Monaten

Aplikacje Czarnka i Mateckiego Wszyscy, którzy interesowali się wyborami prezydenckimi w roku 2025 pamiętają, że niektórzy członkowie komisji wyborczych korzystali z dość tajemniczych aplikacji. Początkowo sądzono, że była to jedna aplikacja stworzona rzekomo przez posła PiS Dariusza Mateckiego. Miała ona służyć do weryfikacji zaświadczeń o prawie do głosowania poza miejscem zamieszkania. Okazało się, że był to nie tylko bezprawnie stosowany, ale także bezsensownie działający, śmieciowy gadżet, taka wydmuszka. Nie weryfikowano legalności zaświadczenia w jakichś państwowych bazach, a jedynie sprawdzano, czy dany numer zaświadczenia został wcześniej wprowadzony do bazy stworzonej i zarządzanej przez PiS. Nikt nie sprawdzał i nie nadzorował kto i co wprowadzał do tej pisowskiej bazy numerów zaświadczeń, bo ta aplikacja miała odwrócić uwagę od stosowania właściwej aplikacji wyborczej PiS zwanej dziś aplikacją Czarnka. Aplikacja Mateckiego służyła też czasami do zastraszania osób głosujących na podstawie zaświadczenia. Istotne znaczenie dla przebiegu wyborów miała ta druga aplikacja. Jej oficjalna nazwa to ROW2025. Przemysław Czarnek ogłosił jej istnienie w styczniu 2025. Według oficjalnych zapowiedzi miała ona służyć do rejestrowania mężów zaufania i członków komisji, prowadzenia szkoleń online, zgłaszania nieprawidłowości w komisjach w czasie rzeczywistym oraz do koordynacji działań struktur ochrony wyborów. Czarnek zapewniał, że ta aplikacja jest w pełni legalna oraz że została zaakceptowana przez odpowiednie instytucje. W mniej oficjalnych sytuacjach, podawano do czego ma faktycznie służyć aplikacja ROW2025. Dawała ona możliwość bezpośredniego kontaktu z pisowską centralą i pisowskimi koordynatorami. Pozwalała na równoległe do PKW zbieranie wyników wyborczych w czasie rzeczywistym podczas liczenia głosów, raportowanie do centrali tzw. ROW (a nie do PKW) i dawała też możliwość uzyskiwania informacji od koordynatorów np. o potrzebie "poprawienia" wyników. Według polskiego systemu wyborczego, za przeprowadzenie wyborów i kontrolę nad ich przebiegiem odpowiada Państwowa Komisja Wyborcza. Tymczasem pełną kontrolę nad przebiegiem głosowania przejęła armia 120 tysięcy ludzi zorganizowana i kierowana przez Przemysława Czarnka. W tej strukturze były 3 tysiące koordynatorów, czyli w każdej polskiej gminie był co najmniej jeden taki koordynator. Statystycznie jeden koordynator przypadał na dziesięć komisji wyborczych. W świetle polskiego prawa, wyniki wyborów są tajne do godziny 21 w dniu głosowania. Faktyczny wynik jest podawany przez PKW po zsumowaniu wyników z wszystkich komisji. Tymczasem sztab Czarnka znał wyniki wcześniej i znał treść protokołów głosowań zanim trafiły one do Państwowej Komisji Wyborczej. Ten sztab miał kontakt z członkami komisji wyborczych w trakcie liczenia głosów. Nie podano w sposób oficjalny, kto konkretnie przygotował tę aplikację. Wiadomo, że ta platforma została stworzona na zlecenie PiS. Czarnek wielokrotnie podkreślał, że jest to „nowoczesna, jedyna w swoim rodzaju platforma cyfrowa”, „bardzo rozwinięta”, „takiej jeszcze nie było”. Użytkownik X używający profilu Tommy Shelby podał, na podstawie kodu źródłowego aplikacji, że twórcą i operatorem systemu jest krakowska firma informatyczna ANCOM, która realizowała wcześniej projekty rządowe, w tym system „Sportowe Talenty” dla Ministerstwa Sportu i Turystyki. Pod tym samym adresem jest zarejestrowana spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka komandytowa. Firma działa w obszarze IT, oprogramowania i doradztwa informatycznego. Oferuje np. oprogramowanie do optymalizacji tras kierowców, analiz danych z sieci sprzedaży i geomarketingu. System ACRES MOBILE to oprogramowanie do sprawnej koordynacji pracy przedstawicieli handlowych. ANCOM ma swoją stronę internetową, gdzie chwali się, że od roku 2000 wspiera swoich klientów genialnymi rozwiązaniami. Na tej stronie są wymienione renomowane podmioty, które skorzystały z tej oferty. Nie ma tam nic o współpracy w rządem PiS, ani o tworzeniu słynnej aplikacji wyborczej. W roku 2024 zatrudniali 14 pracowników. W latach 2023 i 2024 wykazywali stratę z działalności. W zasadzie, aplikacja ROW2025 jest prawdopodobnie nieco zmodyfikowanym oprogramowaniem do zarządzania ogólnokrajową siecią przedstawicieli handlowych. PiS umieścił średnio 4 osoby w każdej komisji wyborczej, w tym jedna osoba była formalnie przedstawicielem komitetu wyborczego Karola Nawrockiego, a pozostałe reprezentowały komitety kandydatów zaprzyjaźnionych, takich jak np.Jakubiak lub Stanowski, a pozostali reprezentowali komitety bardzo egzotyczne, które zostałyzarejestrowane tylko po to, by wprowadzić swoi ch ludzi do komisji wyborczych. PiS miał więc 120 tysięcy przedstawicieli handlowych w komisjach wyborczych. Ich pracę monitorowało 3 tysiące lokalnych koordynatorów. Nad całością czuwał sztab, w którym najważniejszą osobą był Przemysław Czarnek. Przedstawiciele raportowali wyniki głosowania, ale dostawali także wytyczne i zadania z centrali. Mieli ściągawkę, do kogo mają dzwonić w razie jakichkolwiek wątpliwości i bynajmniej nie mieli dzwonić do PKW lub do lokalnego komisarza wyborczego, lecz przede wszystkim do pisowskich koordynatorów. Teoretycznie, mieli oni także raportować nieprawidłowości, ale PiS nie wniósł w sposób oficjalny żadnych protestów wyborczych, ani żadnych zawiadomień o przestępstwach podczas liczenia głosów. Swoją drogą, bardzo dziwne było, że Przemysław Czarnek niezwykle szybko poinformował o kilku przypadkach poważnych błędów na niekorzyść Karola Nawrockiego i publicznie mówił o tysiącach przypadków takich błędów. Nad wyborami prezydenckimi był rozpostarty parasol ochronny. Państwowe służby miały zabezpieczyć proces wyborczy przed ingerencją z zewnątrz. Na stronie NASK czytaliśmy: „Parasol Wyborczy to program ochrony wyborów uruchomiony przez Ministerstwo Cyfryzacji wspólnie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji ze szczególnym uwzględnieniem udziału Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Program stanowi odpowiedź na przewidywane próby wpływania na proces wyborczy przez aktorów zewnętrznych.” W ramach tego parasola, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego miała się między innymi zająć testami aplikacji wspierających proces wyborczy. Czyżby ABW testowała także aplikację Czarnka i nie zaalarmowała o istotnych zagrożeniach? Sprawę dwóch tajemniczych aplikacji „wspierających proces wyborczy” miała zbadać Prokuratura. Zapowiadał to publicznie Minister Sprawiedliwości Waldemar Żurek. Do dziś nie wiemy co ustaliła Prokuratura w tej kwestii. Wiemy, że nie postawiono zarzutów ani Przemysławowi Czarnkowi, ani innym osobom, które przejęły kontrolę nad wyborami prezydenckimi, bezprawnie zastępując z tej roli Państwową Komisję Wyborczą. autor: Jarek Gasewicz źródła: wypowiedzi publiczne działaczy PiS, X, sprawozdania spółek ANCOM, archiwalna strona NASK „Bezpieczne wybory”, archiwum autora ilustracja: wypowiedź Przemysława Czarnka z 28.01.2025
Akademia Prawdy63,726 Aufrufe • vor 10 Monaten

Czy jeszcze pamiętacie, że ORLEN zlecał śledzenie politycznych przeciwników Daniela Obajtka? 27 sierpnia 2026 Prokuratura Regionalna w Łodzi opublikowała komunikat dotyczący jednej z afer w koncernie z czasów, gdy prezesem zarządu był Daniel Obajtek. Jednemu z byłych dyrektorów wykonawczych PKN ORLEN, Zbigniewowi Laskowi, przedstawiono zarzut popełnienia przestępstwa polegającego na nadużyciu uprawnień oraz niedopełnieniu obowiązków a w konsekwencji wyrządzenie spółce szkody majątkowej w kwocie przekraczającej 463 tys. zł. Zarzut dotyczy okresu marzec – październik 2023 i zlecenia amerykańskiej firmie opracowania raportu dotyczącego ówczesnego posła na Sejm z ramienia Platformy Obywatelskiej Bartłomieja Sienkiewicza. Podejrzanemu grozi kara pozbawienia wolności do 5 lat. W komunikacie nie podano nazwisk, ale ich ustalenie nie nastręcza wielkich problemów. Sprawę usług detektywistycznych opłacanych przez ORLEN a dotyczących posłów opozycji jako pierwszy nagłośnił Premier Donald Tusk. 5 marca 2024, podczas konferencji prasowej, powiedział publicznie, że ORLEN za czasów Daniela Obajtka wydał ponad milion złotych na usługi detektywistyczne, obejmujące między innymi obserwowanie posłów opozycji: Marcina Kierwińskiego, Jana Grabca i Andrzeja Halickiego. Równolegle nad tą sprawą pracowali dziennikarze. Dzień później, 6 marca 2024, TVN24 i Wirtualna Polska opublikowały ustalenia wspólnego śledztwa Łukasza Frątczaka i Szymona Jadczaka. Dziennikarze dotarli do umowy zawartej przez ORLEN z firmą detektywistyczną Wojciecha Koszczyńskiego, faktury na 196,8 tys. zł, raportu oraz dokumentów wskazujących na obserwowanie polityków PO. Dziennikarze zbierali informacje na ten temat od kilku tygodni, na długo przed konferencją Tuska. Sprawa mocno zbulwersowała opinię publiczną. Daniel Obajtek bardzo mętnie tłumaczył się, że chodziło o bezpieczeństwo spółki. Sprawa nielegalnej inwigilacji posłów PO jest już od kilku miesięcy w sądzie. 22 grudnia 2025 Prokuratura Regionalna w Warszawie skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy – Śródmieścia w Warszawie akt oskarżenia przeciwko Danielowi Obajtkowi, Zbigniewowi Laskowi – byłemu Dyrektorowi Biura Kontroli i Bezpieczeństwa w ORLEN i Wojciechowi Koszczyńskiemu – właścicielowi firmy detektywistycznej. Zarzuty dotyczą dwóch umów z firmą detektywistyczną. Opiewały łącznie na 393,6 tys. zł, a usługi nie miały znaczenia gospodarczego dla Orlenu. Miały natomiast służyć gromadzeniu informacji dotyczących stanu majątkowego, danych osobowych i życia prywatnego polityków ówczesnej opozycji parlamentarnej. Prokuratura zarzuca Obajtkowi, że jako prezes ORLEN, wykorzystując zależność służbową, polecił zawarcie obu umów. Wniosek o uchylenie immunitetu został przekazany do PE 19 grudnia 2024. Parlament Europejski zgodził się na uchylenie immunitetu 7 października 2025 w procedurze 2025/2029(IMM). Osobnym wątkiem było zlecenie sporządzenia raportu dotyczącego Bartłomieja Sienkiewicza. Ten wątek został ujawniony 4 kwietnia 2024 przez Borysa Budkę, ówczesnego ministra aktywów państwowych. Poinformował on, że ORLEN zlecił amerykańskiej firmie przygotowanie raportu dotyczącego Sienkiewicza. „Gazeta Wyborcza” opisała to tego samego dnia. Następnie 8 kwietnia Budka przekazał dokumenty wraz z fakturami do prokuratury. Kilka dni później, 18 kwietnia, Radio ZET ujawniło informację uzyskaną w prokuraturze, że za raport zapłacono 111 tys. dolarów. Dziś wiemy, że umowę z amerykańską firmą na przygotowanie raportu dotyczącego Sienkiewicza zawarto w marcu 2023, a więc w okresie poprzedzającym wybory parlamentarne. 111 tys. dolarów to około 463 tys. zł. 8 października 2024, ORLEN opublikował komunikat „Wyniki kontroli i audytów w Grupie ORLEN”. Czytamy tam między innymi: „Za nieuprawnione kontrolerzy uznali także usługi detektywistyczne świadczone na zlecenie ORLEN. W trakcie kontroli stwierdzono, że nie tylko nie miały one uzasadnienia gospodarczego, ale także służyły pozyskaniu materiałów na temat m. in. posłów ówczesnej opozycji parlamentarnej. W sprawie zlecenia usług firmie detektywistycznej postawiono zarzut nadużycia uprawnień byłemu dyrektorowi obszaru kontroli i bezpieczeństwa ORLEN.” Najnowszy komunikat Prokuratury Regionalnej w Łodzi dotyczy bardzo drogiego raportu na temat Bartłomieja Sienkiewicza. Niestety nie ma w nim mowy o zarzutach dla Obajtka a jedynie o kolejnych zarzutach dla Zbigniewa Laska. Zbigniew Lasek był wieloletnim dyrektorem ds. bezpieczeństwa w koncernie Orlen. Wcześniej był naczelnikiem w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym (CBA). W medialnych publikacjach nazywany zaufanym człowiekiem Jarosława Kaczyńskiego, bo w 2010 roku był jednym z założycieli firmy ochroniarskiej Grom Group, która zajmuje się osobistą ochroną Jarosława Kaczyńskiego. Kierował pionem bezpieczeństwa Orlen od jesieni 2015 roku, w tym także za prezesury Daniela Obajtka. Został zwolniony w ramach zmian zarządczych i kadrowych w lutym 2024 roku, po zmianie władz w spółce. Być może Daniel Obajtek zostanie objęty zarzutami także w sprawie raportu na temat Bartłomieja Sienkiewicza. Bardzo często wspomina tego polityka uznając go niewątpliwie za swojego osobistego wroga. Obajtek odgraża się, że nie daruje Sienkiewiczowi tego, że wziął 14 mln zł od Orlenu. Chodzi mu o usługi doradcze, które w latach 2003-2018 świadczyły Orlenowi firmy powiązane z Sienkiewiczem. Robiły analizy sytuacji międzynarodowej, serwisy informacyjne, analizy dotyczące ryzyka inwestycyjnego, analizy dotyczące przedsięwzięć zagranicznych, w tym Wenezueli. Daniel Obajtek rozwiązał umowę ze spółką Salvor i Wspólnicy wiosną 2018, kilka miesięcy po objęciu funkcji prezesa ORLEN. Nie były to usługi świadczone osobiście przez Bartłomieja Sienkiewicza. Na dodatek w styczniu 2013 Sienkiewicz wycofał się z biznesu, a firma Sienkiewicz i Wspólnicy zmieniła nazwę na Salvor i Wspólnicy. Pieniądze trafiały do przedsiębiorstw wykonujących usługi, a część z nich mogła następnie zostać wypłacona wspólnikom, w tym do roku 2013 także Bartłomiejowi Sienkiewiczowi jako wynagrodzenie, dywidenda itd. Kwotę 14 mln zł Daniel Obajtek przedstawił publicznie jako argument uzasadniający sprawdzanie Sienkiewicza. Np. 12 listopada 2025 mówił, że Sienkiewicz „robił biznes na Orlenie”, a firmy z nim związane miały otrzymać 14 mln zł za usługi doradcze. Twierdził również, że dokumentacja tych usług zaginęła. Trzeba zauważyć, że sprawa zerwania przez Obajtka współpracy z profesjonalistami w zakresie analiz dotyczących przedsięwzięć zagranicznych ma prawdopodobnie drugie dno. Pamiętajmy, że ten sam Obajtek przeprowadził operację rozgrabienia Grupy LOTOS i rozdania większości aktywów Lotosu praktycznie za darmo. Strata dla Skarbu Państwa została oszacowana przez NIK na 4-5 mld złotych, i są to raczej szacunki zaniżone. Ten sam Obajtek odpowiada także za stratę w kwocie 1,6 mld złotych, które przekazano niewiarygodnym pośrednikom jako zaliczkę na zakup ropy naftowej z Wenezueli. Niestety, ta ropa nigdy nie trafiła do Orlenu. Takie postawione na głowie transakcje nie byłyby możliwe gdyby Obajtek opierał się na profesjonalnych analizach ryzyka przedsięwzięcia. On wolał doradców, którzy mu w kółko powtarzali, że jest geniuszem biznesu, chociaż doskonale wiedzieli, że jest tylko nieokrzesanym nieukiem z Pcimia. autor: Jarek Gasewicz dla Akademia Prawdy źródła: ORLEN, Prokuratura Regionalna w Łodzi, TVN24, WP, ONET, Parlament Europejski, X ilustracja: Daniel Obajtek pod Prokuraturą 28.07.2026
Akademia Prawdy19,235 Aufrufe • vor 2 Monaten
1:21
Sensitive content
This media may contain sensitive content.

Tragiczne historie ze schroniska, które miało być domem. Rico nie zginął, bo musiał. Rico zginął, bo system zawiódł. Kontaktowy, wesoły, właścicielski pies z terenu gminy Czerwin trafił do schroniska Happy Dog w Sobolewie. Tam nadano mu nowe imię Picasso. Dla swojej rodziny zawsze był i pozostał Rico. Z relacji właścicieli oraz Fundacji Złap Dom wynika, że przy ogłoszeniu psa nie podano gminy, z której został zabrany, co znacząco utrudniło jego odnalezienie. Mimo to rodzina go znalazła. I natychmiast zaczęła walczyć o jego powrót do domu. Prosili o wydanie psa. Dzwonili. Czekali. Według tych relacji właściciel schroniska odmawiał, tłumacząc się brakiem aktualnego szczepienia przeciwko wściekliźnie. Zwodził. Nie odbierał telefonów. W tym czasie Rico przebywał zamknięty w schronisku, z dala od swojego domu i człowieka, który próbował go stamtąd zabrać. A potem przyszła wiadomość - Rico nie żyje. Umarł w miejscu, które miało być dla zwierząt bezpiecznym schronieniem. Z posiadanych informacji wynika, że przeciwko właścicielowi schroniska od lat toczy się sprawa o znęcanie się nad zwierzętami w Sądzie Rejonowym w Garwolinie. Rico już nie wróci. Ale jego historia nie może zostać przemilczana. Bo to nie był „kolejny pies”.To był czyjś przyjaciel. I nie musiał umrzeć. Simon miał dom. Nie pozwolono mu do niego dojechać. Latem 2025 roku bernardyn Simon trafia do schroniska w Sobolewie. Wielki pies z chorym okiem, i takim spojrzeniem, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Jedną z osób, które to spojrzenie zatrzymało, była Pani Ela. Miała dla niego wszystko. Dom. Środki na operację oka. Gotowość, by zabrać go od razu. Zabrakło tylko jednego, zgody pana Mariana, by Simon mógł opuścić schronisko. Najpierw była kwarantanna. Potem szczepienia. Później kastracja. Zamiast konkretnej daty, ciągłe odkładanie. Zamiast jasnych informacji, kolejne tłumaczenia: że jeszcze zabieg, że jeszcze narkoza, że trzeba go wyczesać, że „pies dochodzi do siebie”, że „nie ma kiedy”, że „nie teraz”. Mijały tygodnie. W końcu padła data. 19 października dzień, w którym Simon miał pojechać do domu. Dwa dni wcześniej Pani Ela dzwoni jeszcze raz. Tylko po to, żeby się upewnić. W odpowiedzi słyszy jedno zdanie: Simon miał udar z napadami padaczkowymi. Został uśpiony. Dom czekał. Pies nie doczekał. Simon nie umarł, bo nikt go nie chciał. Umarł, mimo że ktoś był gotów dać mu wszystko. Sigo miał szansę na dom. Nie pozwolono mu jej wykorzystać. Sigo był małym, młodym i łagodnym psem. Takim, który nie powinien długo czekać. Takim, który miał realne szanse na adopcję. Była chętna osoba. Był telefon. Była gotowość, by go zabrać. Z relacji, którymi dysponujemy, wynika, że osoba zainteresowana adopcją skontaktowała się z właścicielem schroniska #unhappydog. Usłyszała, że pies jest w dobrej kondycji i zostanie wydany za tydzień, po zakończeniu zwolnienia lekarskiego. Po tygodniu zadzwoniła ponownie. Z pytaniem: co z psem? W odpowiedzi usłyszała jedno słowo: „nieaktualne”. Połączenie zostało przerwane. Ponieważ Sigo pochodził z terenu gminy Ryki gminy, która od lat umieszcza psy w tym schronisku, do urzędu został skierowany wniosek z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Odpowiedź była krótka. Sigo nie żyje. Sigo nie zmarł, bo nikt go nie chciał. Zmarł, mimo że czekał na niego dom. Lukrecja została znaleziona w 2023 roku skrajnie wycieńczona, prawdopodobnie w lesie pod Siedlcami. Była bardzo chuda. Skrajnie osłabiona. Psem w takim stanie powinna natychmiast zająć się klinika weterynaryjna. Zamiast tego Lukrecja trafiła do schroniska w Sobolewie. Z relacji, którymi dysponujemy, wynika, że spędziła tam około 10 dni. Słyszeliśmy zapewnienia, że „pies jest leczony i ma opiekę”. Kilka osób próbowało ją stamtąd zabrać by ratować ją w klinice, w warunkach dających realną szansę na przeżycie. Jedna z nich chciała odebrać Lukrecję jeszcze w trakcie kwarantanny. Bez skutku. Lukrecja nie przeżyła. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że „była tak słaba, a krew tak gęsta, że nie można było się wkuć”. To nie jest wyjaśnienie. To jest opis stanu, który wymagał natychmiastowej hospitalizacji. Lukrecja nie dostała tej szansy. Lilik był cudownym, młodym psem. W schronisku w Sobolewie spędził zaledwie trzy miesiące. Miał dostać szansę. Tak samo jak Jagusek. Obaj zmarli z powodu „niestrawności”. Z relacji osób pomagających psom w Sobolewie wynika, że szczenięta i dorosłe psy umierają tam m .in. na parwowirozę, babeszjozę oraz tajemniczą, często powtarzającą się przyczynę zgonu określaną jako „niestrawność”. To nie są pojedyncze przypadki. To jest schemat. Coś czai się u bram tego schroniska. I na pewno nie jest to bezpieczeństwo. Lilik nie powinien umrzeć. Jagusek również. Livier pies, któremu odebrano szansę na życie. Livier miał tylko chwilę poczekać na wyjazd ze schroniska w Sobolewie. Czekał… aż do śmierci. Od lat podobny schemat powtarza się z kolejnymi zwierzętami. Psy nie są wydawane od razu. Procedury przeciągają się tygodniami, czasem miesiącami. Niektóre z nich nie dożywają swojej szansy na dom. Z relacji osób pomagających psom w Sobolewie wynika także, że schronisko otrzymuje jednorazowo ok. 3 tys. zł za odłowienie jednego psa, a za jego dalszy pobyt nie ma dodatkowych rozliczeń. Czy to jeden z powodów, dla których wydanie psa przeciąga się w nieskończoność? Czy komuś naprawdę zależy, aby zwierzę przetrwało w tym miejscu? Livier nie doczekał wyjazdu. Nie doczekał domu, którego mógłby doświadczyć. Tekst pochodzi z profilu: @sobolew_stop_pseudoschronisku. Składnia została zmieniona, a treść została opracowana i podsumowana w formie historii. autor: Julia Łucja Spalińska
Akademia Prawdy15,113 Aufrufe • vor 9 Monaten
Keine weiteren Inhalte verfügbar