Tomasz Darmolinski's banner
Tomasz Darmolinski's profile picture

Tomasz Darmolinski

@DarmolinskiT5,824 subscribers

CEO "ŻELAZNY" foundation 🇵🇱/ AKADEMIA BSP

Shorts

CNN: irańskie Shahedy są większym problemem niż zakładano. Kto by się spodziewał w 4. roku wojny. CNN opisuje zamknięty briefing w Kapitolu. Urzędnicy administracji Trumpa mieli przyznać, że irańskie „szahidy” to większe wyzwanie, niż zakładano, i że amerykańska obrona powietrzna nie przechwyci ich wszystkich. Padło też to, co każdy praktyk już wie, tylko rzadko mówi to publicznie: w pewnym momencie to przestaje być „kwestia technologii”, a zaczyna być problem matematyczny. Kto szybciej produkuje i uzupełnia zapasy: atakujący czy broniący? Shahed nie musi być genialny. On ma być tani, liczny i wystarczająco uciążliwy, żeby zmusić obronę do używania droższych środków albo do marnowania czasu i zasobów. I tu jest sedno. Sensacja z CNN nie wynika z tego, że USA „nagle nie ma OPL”. Wynika z tego, że Shahed i jego pochodne są projektowane właśnie pod spalanie magazynków obrony. Obrona warstwowa działa, jasne, ale nie ma nieograniczonych zasobów. Krytyczne stają się „magazine depth” i tempo odtwarzania amunicji. Dlatego Hegseth mówi publicznie rzecz brutalnie uczciwą: „nie da się zatrzymać wszystkiego”, nawet przy przewadze w powietrzu. Jeśli ktoś uważa, że to akademicka dyskusja, to niech spojrzy na wnioski z realnych incydentów. Dron nie musi „pokonać” całej obrony państwa. Wystarczy, że znajdzie lukę w ochronie punktowej, procedurach, dyżurach, w twardych zabezpieczeniach infrastruktury. I wtedy nie przegrywa radar ani rakieta. Przegrywa założenie, że „jakoś to będzie”, bo przecież mamy systemy. I teraz najważniejsze: Polska. Budujemy SAN jako duży program antydronowy – 18 baterii, 52 plutony ogniowe, 18 plutonów dowodzenia i ponad 700 pojazdów. Skala robi wrażenie, tylko że skala sama w sobie niczego nie gwarantuje. Moja przestroga jest prosta. Jeśli SAN powstanie na błędnym założeniu, że da się „wygrać masę” drogą i ograniczoną amunicją, albo że wystarczy wykryć i zestrzelić, to prędzej czy później wpadniemy w tę samą matematykę, o której dziś mówią Amerykanie. I jeśli do tego oprzemy system na radarach, których skuteczność w realnym konflikcie jest co najmniej dyskusyjna, a ich bojowe użycie bywa marginalne, to ryzykujemy, że fundament całego rozwiązania będzie po prostu słaby. SAN musi być projektowany pod długotrwałe zużycie, saturację, pracę 24/7 i szybkie odtwarzanie zapasów. Z tanią warstwą „close-in”, z twardymi standardami ochrony infrastruktury i z procedurami, które działają w stresie, nocą i przy przeciążeniu systemu. Inaczej zbudujemy ładny system na papierze, który w pierwszym poważnym kryzysie okaże się zbyt drogi, zbyt rzadki i za wolny w uzupełnianiu. (na końcu: film poglądowy z UA)

CNN: irańskie Shahedy są większym problemem niż zakładano. Kto by się spodziewał w 4. roku wojny. CNN opisuje zamknięty briefing w Kapitolu. Urzędnicy administracji Trumpa mieli przyznać, że irańskie „szahidy” to większe wyzwanie, niż zakładano, i że amerykańska obrona powietrzna nie przechwyci ich wszystkich. Padło też to, co każdy praktyk już wie, tylko rzadko mówi to publicznie: w pewnym momencie to przestaje być „kwestia technologii”, a zaczyna być problem matematyczny. Kto szybciej produkuje i uzupełnia zapasy: atakujący czy broniący? Shahed nie musi być genialny. On ma być tani, liczny i wystarczająco uciążliwy, żeby zmusić obronę do używania droższych środków albo do marnowania czasu i zasobów. I tu jest sedno. Sensacja z CNN nie wynika z tego, że USA „nagle nie ma OPL”. Wynika z tego, że Shahed i jego pochodne są projektowane właśnie pod spalanie magazynków obrony. Obrona warstwowa działa, jasne, ale nie ma nieograniczonych zasobów. Krytyczne stają się „magazine depth” i tempo odtwarzania amunicji. Dlatego Hegseth mówi publicznie rzecz brutalnie uczciwą: „nie da się zatrzymać wszystkiego”, nawet przy przewadze w powietrzu. Jeśli ktoś uważa, że to akademicka dyskusja, to niech spojrzy na wnioski z realnych incydentów. Dron nie musi „pokonać” całej obrony państwa. Wystarczy, że znajdzie lukę w ochronie punktowej, procedurach, dyżurach, w twardych zabezpieczeniach infrastruktury. I wtedy nie przegrywa radar ani rakieta. Przegrywa założenie, że „jakoś to będzie”, bo przecież mamy systemy. I teraz najważniejsze: Polska. Budujemy SAN jako duży program antydronowy – 18 baterii, 52 plutony ogniowe, 18 plutonów dowodzenia i ponad 700 pojazdów. Skala robi wrażenie, tylko że skala sama w sobie niczego nie gwarantuje. Moja przestroga jest prosta. Jeśli SAN powstanie na błędnym założeniu, że da się „wygrać masę” drogą i ograniczoną amunicją, albo że wystarczy wykryć i zestrzelić, to prędzej czy później wpadniemy w tę samą matematykę, o której dziś mówią Amerykanie. I jeśli do tego oprzemy system na radarach, których skuteczność w realnym konflikcie jest co najmniej dyskusyjna, a ich bojowe użycie bywa marginalne, to ryzykujemy, że fundament całego rozwiązania będzie po prostu słaby. SAN musi być projektowany pod długotrwałe zużycie, saturację, pracę 24/7 i szybkie odtwarzanie zapasów. Z tanią warstwą „close-in”, z twardymi standardami ochrony infrastruktury i z procedurami, które działają w stresie, nocą i przy przeciążeniu systemu. Inaczej zbudujemy ładny system na papierze, który w pierwszym poważnym kryzysie okaże się zbyt drogi, zbyt rzadki i za wolny w uzupełnianiu. (na końcu: film poglądowy z UA)

94,157 views

Dlaczego nie rozumiemy rosyjskiej rewolucji dronowej i jakie będą tego konsekwencje dla Wojska Polskiego Nowy Rok nowe cele szkoleniowe i wyzwania dla WP i w tym wszytkim rosyjska rewolucja dronowa, która jest dziś jednym z najbardziej błędnie interpretowanych zjawisk współczesnego pola walki. W debacie publicznej, także w Polsce, sprowadza się ją najczęściej do kwestii liczby bezzałogowców, ich niskiej ceny lub spektakularnych nagrań z ataków. Tymczasem w rzeczywistości nie mamy do czynienia z rewolucją sprzętową, lecz z głęboką zmianą systemową, obejmującą sposób organizacji sił zbrojnych, proces decyzyjny, tempo adaptacji technologicznej oraz relację między człowiekiem, algorytmem i polem walki. Rosja nie buduje „lepszych dronów” w zachodnim rozumieniu tego pojęcia. Buduje zdolność bojową opartą na masowości, odporności na straty i ciągłej iteracji rozwiązań testowanych w realnych warunkach wojennych. Kluczowym elementem tej zmiany jest stworzenie struktur takich jak Rubikon, które nie funkcjonują jako klasyczne jednostki liniowe, lecz jako węzły integrujące rozwój technologii, szkolenie operatorów oraz natychmiastowe wdrażanie nowych rozwiązań na froncie. W praktyce oznacza to skrócenie cyklu „problem–rozwiązanie–wdrożenie” do tygodni, a czasem dni. W rosyjskim modelu nie istnieje wyraźna granica między fazą testową a bojową. Prototypy trafiają do użycia operacyjnego niemal natychmiast, a ich niedoskonałości są akceptowane, o ile system jako całość generuje efekt taktyczny lub operacyjny. Jest to podejście diametralnie odmienne od zachodniego modelu rozwoju uzbrojenia, opartego na długich cyklach certyfikacyjnych, standaryzacji i minimalizacji ryzyka technicznego. Najlepszym przykładem tej filozofii jest ewolucja dronów typu Geran, wywodzących się z irańskich Shahed-136. Platforma, która początkowo była prostą amunicją krążącą o ograniczonej precyzji i niewielkiej odporności na przeciwdziałanie, została potraktowana przez Rosjan jako nośnik zdolności, a nie zamknięty produkt. W kolejnych iteracjach obserwuje się instalowanie dodatkowych sensorów optycznych i podczerwonych, zmiany architektury antenowej, modyfikacje profili lotu oraz różnicowanie głowic bojowych, w tym głowic zapalających i odłamkowych o programowalnym zapłonie. Szczególnie istotne są eksperymenty z integracją uzbrojenia przeciwlotniczego klasy MANPADS, w tym pocisków krótkiego zasięgu, co nie ma na celu stworzenia skutecznego „drona-myśliwca”, lecz wprowadzenie niepewności i wymuszenie zmiany procedur po stronie przeciwnika. Już sama konieczność uwzględniania potencjalnego zagrożenia dla śmigłowców, dronów przechwytujących czy statków powietrznych wykonujących loty na małych wysokościach ma wymierny efekt operacyjny, niezależnie od realnej skuteczności pojedynczego systemu. Równolegle Rosja intensywnie pracuje nad ograniczeniem zależności dronów od operatora i łączności radiowej. Testowane są systemy pozbawione klasycznego linku zwrotnego, wykorzystujące autonomiczną nawigację opartą na analizie terenu, czujnikach inercyjnych oraz algorytmach wizyjnych. W takich konstrukcjach rola człowieka sprowadza się do określenia obszaru działania lub ogólnego profilu misji, a decyzje dotyczące trasy, korekt lotu czy momentu ataku podejmowane są lokalnie przez pokładowe systemy obliczeniowe. Wykorzystywane są komercyjne i półkomercyjne moduły obliczeniowe zdolne do przetwarzania obrazu w czasie zbliżonym do rzeczywistego, co pozwala na podstawową klasyfikację celów i omijanie przeszkód bez udziału operatora. Choć rozwiązania te są dalekie od ideału i obarczone wysokim ryzykiem błędów, ich odporność na zakłócanie oraz niska podatność na degradację łączności czynią je użytecznymi w środowisku silnej walki elektronicznej. 1/2

Dlaczego nie rozumiemy rosyjskiej rewolucji dronowej i jakie będą tego konsekwencje dla Wojska Polskiego Nowy Rok nowe cele szkoleniowe i wyzwania dla WP i w tym wszytkim rosyjska rewolucja dronowa, która jest dziś jednym z najbardziej błędnie interpretowanych zjawisk współczesnego pola walki. W debacie publicznej, także w Polsce, sprowadza się ją najczęściej do kwestii liczby bezzałogowców, ich niskiej ceny lub spektakularnych nagrań z ataków. Tymczasem w rzeczywistości nie mamy do czynienia z rewolucją sprzętową, lecz z głęboką zmianą systemową, obejmującą sposób organizacji sił zbrojnych, proces decyzyjny, tempo adaptacji technologicznej oraz relację między człowiekiem, algorytmem i polem walki. Rosja nie buduje „lepszych dronów” w zachodnim rozumieniu tego pojęcia. Buduje zdolność bojową opartą na masowości, odporności na straty i ciągłej iteracji rozwiązań testowanych w realnych warunkach wojennych. Kluczowym elementem tej zmiany jest stworzenie struktur takich jak Rubikon, które nie funkcjonują jako klasyczne jednostki liniowe, lecz jako węzły integrujące rozwój technologii, szkolenie operatorów oraz natychmiastowe wdrażanie nowych rozwiązań na froncie. W praktyce oznacza to skrócenie cyklu „problem–rozwiązanie–wdrożenie” do tygodni, a czasem dni. W rosyjskim modelu nie istnieje wyraźna granica między fazą testową a bojową. Prototypy trafiają do użycia operacyjnego niemal natychmiast, a ich niedoskonałości są akceptowane, o ile system jako całość generuje efekt taktyczny lub operacyjny. Jest to podejście diametralnie odmienne od zachodniego modelu rozwoju uzbrojenia, opartego na długich cyklach certyfikacyjnych, standaryzacji i minimalizacji ryzyka technicznego. Najlepszym przykładem tej filozofii jest ewolucja dronów typu Geran, wywodzących się z irańskich Shahed-136. Platforma, która początkowo była prostą amunicją krążącą o ograniczonej precyzji i niewielkiej odporności na przeciwdziałanie, została potraktowana przez Rosjan jako nośnik zdolności, a nie zamknięty produkt. W kolejnych iteracjach obserwuje się instalowanie dodatkowych sensorów optycznych i podczerwonych, zmiany architektury antenowej, modyfikacje profili lotu oraz różnicowanie głowic bojowych, w tym głowic zapalających i odłamkowych o programowalnym zapłonie. Szczególnie istotne są eksperymenty z integracją uzbrojenia przeciwlotniczego klasy MANPADS, w tym pocisków krótkiego zasięgu, co nie ma na celu stworzenia skutecznego „drona-myśliwca”, lecz wprowadzenie niepewności i wymuszenie zmiany procedur po stronie przeciwnika. Już sama konieczność uwzględniania potencjalnego zagrożenia dla śmigłowców, dronów przechwytujących czy statków powietrznych wykonujących loty na małych wysokościach ma wymierny efekt operacyjny, niezależnie od realnej skuteczności pojedynczego systemu. Równolegle Rosja intensywnie pracuje nad ograniczeniem zależności dronów od operatora i łączności radiowej. Testowane są systemy pozbawione klasycznego linku zwrotnego, wykorzystujące autonomiczną nawigację opartą na analizie terenu, czujnikach inercyjnych oraz algorytmach wizyjnych. W takich konstrukcjach rola człowieka sprowadza się do określenia obszaru działania lub ogólnego profilu misji, a decyzje dotyczące trasy, korekt lotu czy momentu ataku podejmowane są lokalnie przez pokładowe systemy obliczeniowe. Wykorzystywane są komercyjne i półkomercyjne moduły obliczeniowe zdolne do przetwarzania obrazu w czasie zbliżonym do rzeczywistego, co pozwala na podstawową klasyfikację celów i omijanie przeszkód bez udziału operatora. Choć rozwiązania te są dalekie od ideału i obarczone wysokim ryzykiem błędów, ich odporność na zakłócanie oraz niska podatność na degradację łączności czynią je użytecznymi w środowisku silnej walki elektronicznej. 1/2

85,259 views

Rosyjska wojna dronów to nie chaos – to precyzyjna machina z Rubikonu W ciągu ostatniego roku Rosja radykalnie przebudowała strukturę użycia bezzałogowców na froncie. Zamiast polegać na masowo szkolonych operatorach w jednostkach liniowych, priorytet przesunięto na wysoce wyspecjalizowane zespoły dronowe — przede wszystkim takie jak centrum „Rubikon”. Powstałe w sierpniu 2024 na rozkaz ministra obrony Biełousowa, centrum to łączy funkcje szkoleniowe, badawczo-rozwojowe i operacyjne. Rubikon dysponuje własną infrastrukturą, bazami w obwodach kurskim i donieckim oraz operatorami zdolnymi do działania z dużego dystansu. Do sierpnia 2025 r. jednostka ta przeprowadziła ponad 5015 udokumentowanych nalotów, w tym misje przechwytujące drony przeciwnika i ataki FPV z użyciem światłowodów. Przerzucanie Rubikonu pomiędzy kierunkami operacyjnymi (Kursk – Donbas – Łyman) daje przeciwnikowi możliwość szybkiego wygenerowania efektu operacyjnego — w zasadzie „na zamówienie”. W tym samym czasie Rosja prowadzi szkolenie operatorów dronów na masową skalę: w 2024 roku przeszkolono ok. 2500 instruktorów wojskowych oraz 1500 cywilnych nauczycieli technicznych na okupowanych terenach, jednak wszystko wskazuje na to, że ich przygotowanie nie daje takich efektów bojowych jak działania elitarnych zespołów Rubikonu. Jednocześnie Kreml rozpoczął formowanie odrębnego rodzaju sił zbrojnych: Wojsk Systemów Bezzałogowych. Plan zakłada osiągnięcie liczebności 210 000 żołnierzy do 2030 roku, a pierwsza jednostka — 7. Oddzielny Pułk Rozpoznawczo-Uderzeniowy — liczy już 1342 żołnierzy i trzy bataliony. Tę strukturalną zmianę wspiera intensywna produkcja sprzętu. W fabryce w Jelbuzdze do połowy 2025 r. wyprodukowano ponad 26 000 dronów Shahed/Geran-2, z dzienną produkcją sięgającą 170 sztuk. Co ciekawe, ponad 75% z nich to tanie drony-wabiki, wykorzystywane w taktyce saturacyjnej, mającej na celu przeciążenie ukraińskiej obrony. W nocy z 6 na 7 lipca 2025 Rosja przeprowadziła rekordowy nalot — ponad 700 dronów w jednej fali, z czego większość stanowiły atrapowe platformy. Rosyjska doktryna opiera się obecnie na założeniu, że to elitarne zespoły dronowe mają generować efekt, a reszta systemu ma im zapewnić skalę, tło i presję liczebną. Oznacza to groźną mieszankę — taktyczną elastyczność na poziomie Rubikonu i zdolność do przemysłowego, nieprzerwanego rażenia na poziomie całego systemu. To właśnie „topy” — elity dronowe, dysponujące najlepszym sprzętem i taktyką — odpowiadają dziś za około 85% efektów operacyjnych rosyjskich BSP. I to ich trzeba się realnie obawiać, niekoniecznie „statystycznych operatorów” z DOSAAF.

Rosyjska wojna dronów to nie chaos – to precyzyjna machina z Rubikonu W ciągu ostatniego roku Rosja radykalnie przebudowała strukturę użycia bezzałogowców na froncie. Zamiast polegać na masowo szkolonych operatorach w jednostkach liniowych, priorytet przesunięto na wysoce wyspecjalizowane zespoły dronowe — przede wszystkim takie jak centrum „Rubikon”. Powstałe w sierpniu 2024 na rozkaz ministra obrony Biełousowa, centrum to łączy funkcje szkoleniowe, badawczo-rozwojowe i operacyjne. Rubikon dysponuje własną infrastrukturą, bazami w obwodach kurskim i donieckim oraz operatorami zdolnymi do działania z dużego dystansu. Do sierpnia 2025 r. jednostka ta przeprowadziła ponad 5015 udokumentowanych nalotów, w tym misje przechwytujące drony przeciwnika i ataki FPV z użyciem światłowodów. Przerzucanie Rubikonu pomiędzy kierunkami operacyjnymi (Kursk – Donbas – Łyman) daje przeciwnikowi możliwość szybkiego wygenerowania efektu operacyjnego — w zasadzie „na zamówienie”. W tym samym czasie Rosja prowadzi szkolenie operatorów dronów na masową skalę: w 2024 roku przeszkolono ok. 2500 instruktorów wojskowych oraz 1500 cywilnych nauczycieli technicznych na okupowanych terenach, jednak wszystko wskazuje na to, że ich przygotowanie nie daje takich efektów bojowych jak działania elitarnych zespołów Rubikonu. Jednocześnie Kreml rozpoczął formowanie odrębnego rodzaju sił zbrojnych: Wojsk Systemów Bezzałogowych. Plan zakłada osiągnięcie liczebności 210 000 żołnierzy do 2030 roku, a pierwsza jednostka — 7. Oddzielny Pułk Rozpoznawczo-Uderzeniowy — liczy już 1342 żołnierzy i trzy bataliony. Tę strukturalną zmianę wspiera intensywna produkcja sprzętu. W fabryce w Jelbuzdze do połowy 2025 r. wyprodukowano ponad 26 000 dronów Shahed/Geran-2, z dzienną produkcją sięgającą 170 sztuk. Co ciekawe, ponad 75% z nich to tanie drony-wabiki, wykorzystywane w taktyce saturacyjnej, mającej na celu przeciążenie ukraińskiej obrony. W nocy z 6 na 7 lipca 2025 Rosja przeprowadziła rekordowy nalot — ponad 700 dronów w jednej fali, z czego większość stanowiły atrapowe platformy. Rosyjska doktryna opiera się obecnie na założeniu, że to elitarne zespoły dronowe mają generować efekt, a reszta systemu ma im zapewnić skalę, tło i presję liczebną. Oznacza to groźną mieszankę — taktyczną elastyczność na poziomie Rubikonu i zdolność do przemysłowego, nieprzerwanego rażenia na poziomie całego systemu. To właśnie „topy” — elity dronowe, dysponujące najlepszym sprzętem i taktyką — odpowiadają dziś za około 85% efektów operacyjnych rosyjskich BSP. I to ich trzeba się realnie obawiać, niekoniecznie „statystycznych operatorów” z DOSAAF.

83,913 views

Okiem na wroga -co zmiast starlinka Wokół Starlinka i jego roli na wojnie rosyjsko-ukraińskiej narosło ostatnio dużo emocji, ale mało chłodnej analizy. Tymczasem rzeczywistość jest dużo prostsza i jednocześnie bardziej niepokojąca. Gdy Ukraina zaczęła naciskać na ograniczenie użycia Starlinka przez Rosję, efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. To właśnie ukraińskie drony zaczęły masowo tracić łączność. Liczba ataków BSP gwałtownie spadła, bo bez stabilnego kanału komunikacji dron przestaje być narzędziem bojowym, a staje się drogim i bezużytecznym kawałkiem elektroniki. Rosja natomiast od dawna zakładała, że Starlink jest rozwiązaniem tymczasowym i niepewnym, więc równolegle rozwijała alternatywy. Kilka dni temu publicznie zaprezentowano rosyjski radiomodem do pracy w sieci mesh. Inaczej modemy istnialy glownie w Geraniach tylko twrqz sa latwoej dostepne zarowno cenowo jak i technologicznie. Nie ma w tym żadnej przełomowej technologii ani „cudu inżynierii”. To po prostu logiczna konsekwencja wojny, w której satelitarna łączność może zostać w każdej chwili ograniczona albo odcięta. Sieć mesh działa inaczej niż Starlink. Nie potrzebuje satelity, nie ma jednego centralnego punktu i nie opiera się na drogich terminalach. Każdy element sieci przekazuje sygnał dalej, tworząc rozproszony system komunikacji. Kluczowa zmiana polega na tym, że do podtrzymania łączności nie używa się już drogich dronów bojowych, tylko bardzo tanie, proste platformy, których jedynym zadaniem jest przenoszenie modemu i utrzymywanie się w powietrzu odpowiednio długo. Nie muszą latać precyzyjnie, nie potrzebują zaawansowanej nawigacji ani głowic bojowych. Wystarczy, że „wiszą” i tworzą w powietrzu gęstą sieć przekaźników. Taka sieć jest znacznie trudniejsza do zwalczenia, bo zamiast kilku kluczowych celów przeciwnik ma do czynienia z dziesiątkami albo setkami tanich węzłów, które można szybko uzupełniać. W praktyce oznacza to, że nawet całkowite ograniczenie Starlinka nie zatrzyma rosyjskich uderzeń na zaplecze Ukrainy. Łączność da się rozproszyć, odbudować i oprzeć na tanim sprzęcie, który nie wymaga skomplikowanej logistyki. To dokładnie ta sama ścieżka, którą Ukraina przechodziła w latach 2022–2023, tylko dziś Rosja nadrabia zaległości i kopiuje sprawdzone rozwiązania. Wojna dronowa wchodzi w fazę, w której liczy się nie pojedyncza zaawansowana technologia, lecz zdolność do masowego, taniego i odpornego na zakłócenia działania. Na tym tle historia tzw. „białych list” Starlinka wygląda bardziej jak zabieg polityczny niż realne rozwiązanie techniczne. Ukraina liczy, że przekaże operatorowi listy „dozwolonych” terminali, a reszta zostanie zablokowana. Problem w tym, że Rosja i tak objęta jest sankcjami, więc legalne użycie Starlinka przez rosyjskie wojsko nigdy nie istniało. System identyfikacji terminali działa od dawna i wcześniej nie rozwiązał problemu. Elon Musk mógł w każdej chwili przez ostatnie cztery lata zablokować rosyjskie terminale. Nie zrobił tego. Wszystko wskazuje na to, że raczej obserwuje, jak jego technologia jest adaptowana i obchodzona w realnym konflikcie. Najważniejszy wniosek z tej historii jest brutalnie prosty. Starlink nie jest żadną „magiczną przewagą”. Każdy system satelitarny można obejść, jeśli przeciwnik ma czas i motywację. Wojna dronowa zmierza w stronę rozproszonych, tanich i masowych sieci, a nie drogich, centralnych rozwiązań. To, co dziś dzieje się między Ukrainą a Rosją, jest poligonem przyszłych konfliktów, także dla Polski. Nie wygra ten, kto ma lepszego satelitę, tylko ten, kto szybciej nauczy się działać w świecie, w którym łączność jest krucha, tymczasowa i nigdy nie jest dana raz na zawsze.

Okiem na wroga -co zmiast starlinka Wokół Starlinka i jego roli na wojnie rosyjsko-ukraińskiej narosło ostatnio dużo emocji, ale mało chłodnej analizy. Tymczasem rzeczywistość jest dużo prostsza i jednocześnie bardziej niepokojąca. Gdy Ukraina zaczęła naciskać na ograniczenie użycia Starlinka przez Rosję, efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. To właśnie ukraińskie drony zaczęły masowo tracić łączność. Liczba ataków BSP gwałtownie spadła, bo bez stabilnego kanału komunikacji dron przestaje być narzędziem bojowym, a staje się drogim i bezużytecznym kawałkiem elektroniki. Rosja natomiast od dawna zakładała, że Starlink jest rozwiązaniem tymczasowym i niepewnym, więc równolegle rozwijała alternatywy. Kilka dni temu publicznie zaprezentowano rosyjski radiomodem do pracy w sieci mesh. Inaczej modemy istnialy glownie w Geraniach tylko twrqz sa latwoej dostepne zarowno cenowo jak i technologicznie. Nie ma w tym żadnej przełomowej technologii ani „cudu inżynierii”. To po prostu logiczna konsekwencja wojny, w której satelitarna łączność może zostać w każdej chwili ograniczona albo odcięta. Sieć mesh działa inaczej niż Starlink. Nie potrzebuje satelity, nie ma jednego centralnego punktu i nie opiera się na drogich terminalach. Każdy element sieci przekazuje sygnał dalej, tworząc rozproszony system komunikacji. Kluczowa zmiana polega na tym, że do podtrzymania łączności nie używa się już drogich dronów bojowych, tylko bardzo tanie, proste platformy, których jedynym zadaniem jest przenoszenie modemu i utrzymywanie się w powietrzu odpowiednio długo. Nie muszą latać precyzyjnie, nie potrzebują zaawansowanej nawigacji ani głowic bojowych. Wystarczy, że „wiszą” i tworzą w powietrzu gęstą sieć przekaźników. Taka sieć jest znacznie trudniejsza do zwalczenia, bo zamiast kilku kluczowych celów przeciwnik ma do czynienia z dziesiątkami albo setkami tanich węzłów, które można szybko uzupełniać. W praktyce oznacza to, że nawet całkowite ograniczenie Starlinka nie zatrzyma rosyjskich uderzeń na zaplecze Ukrainy. Łączność da się rozproszyć, odbudować i oprzeć na tanim sprzęcie, który nie wymaga skomplikowanej logistyki. To dokładnie ta sama ścieżka, którą Ukraina przechodziła w latach 2022–2023, tylko dziś Rosja nadrabia zaległości i kopiuje sprawdzone rozwiązania. Wojna dronowa wchodzi w fazę, w której liczy się nie pojedyncza zaawansowana technologia, lecz zdolność do masowego, taniego i odpornego na zakłócenia działania. Na tym tle historia tzw. „białych list” Starlinka wygląda bardziej jak zabieg polityczny niż realne rozwiązanie techniczne. Ukraina liczy, że przekaże operatorowi listy „dozwolonych” terminali, a reszta zostanie zablokowana. Problem w tym, że Rosja i tak objęta jest sankcjami, więc legalne użycie Starlinka przez rosyjskie wojsko nigdy nie istniało. System identyfikacji terminali działa od dawna i wcześniej nie rozwiązał problemu. Elon Musk mógł w każdej chwili przez ostatnie cztery lata zablokować rosyjskie terminale. Nie zrobił tego. Wszystko wskazuje na to, że raczej obserwuje, jak jego technologia jest adaptowana i obchodzona w realnym konflikcie. Najważniejszy wniosek z tej historii jest brutalnie prosty. Starlink nie jest żadną „magiczną przewagą”. Każdy system satelitarny można obejść, jeśli przeciwnik ma czas i motywację. Wojna dronowa zmierza w stronę rozproszonych, tanich i masowych sieci, a nie drogich, centralnych rozwiązań. To, co dziś dzieje się między Ukrainą a Rosją, jest poligonem przyszłych konfliktów, także dla Polski. Nie wygra ten, kto ma lepszego satelitę, tylko ten, kto szybciej nauczy się działać w świecie, w którym łączność jest krucha, tymczasowa i nigdy nie jest dana raz na zawsze.

39,241 views

Z CYKLU OKIEM NA WROGA Lancet bez sygnału radiowego. Dlaczego to jest ważne? Z frontu napływają obserwacje, że rosyjskie amunicje krążące ZALA Lancet mogą przez część lotu nie emitować typowego sygnału radiowego. Innymi słowy, platforma może dolatywać w rejon celu bez ciągłej transmisji, która wcześniej pozwalała wykryć drona, sklasyfikować zagrożenie i szybciej uruchomić reakcję obronną. To zmienia problem. Jeżeli obrona szuka głównie emisji radiowej, a tej emisji nie ma albo pojawia się dopiero pod koniec, czas na reakcję gwałtownie się skraca. W takim układzie samo WRE nie wystarczy, bo przeciwnik celowo ogranicza to, co najłatwiej wykryć i zakłócić. Nie oznacza to jednak, że Lancet samodzielnie „myśli” od startu do uderzenia. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz pośredni. Cel zostaje wcześniej znaleziony przez inny środek rozpoznania, często przez drony ZALA. Lancet otrzymuje rejon działania albo trasę dolotu, zbliża się do celu przy ograniczonej emisji, a dopiero w końcowej fazie wykorzystuje optykę, termowizję i algorytmy śledzenia obrazu. Właśnie w tym miejscu pojawia się system IRRA, opisywany przez ZALA jako pokładowy moduł rozpoznawania i naprowadzania. Według producenta ma on wykrywać, rozpoznawać i śledzić cel na podstawie obrazu, a po jego potwierdzeniu przez operatora kontynuować naprowadzanie nawet wtedy, gdy łączność zostanie zakłócona lub przerwana. Najważniejsze pytanie nadal pozostaje otwarte: jak dokładnie Lancet nawiguje w fazie dolotu? Nie mamy publicznych danych, które pozwalają jednoznacznie powiedzieć, czy podstawą jest INS, GNSS, zadana trasa, korekta z drona rozpoznawczego, beacony, czy porównywanie obrazu terenu. Najrozsądniej założyć, że Rosjanie mogą łączyć kilka metod, zależnie od wersji, zadania i warunków na froncie. Wniosek operacyjny jest prosty. Brak sygnału radiowego nie może być traktowany jako brak zagrożenia. Lancet trzeba postrzegać nie jako pojedynczego drona, ale jako element większego układu: rozpoznanie, wskazanie celu, dolot, przechwycenie obrazu, naprowadzanie końcowe i kontrola trafienia. Dlatego obrona nie może opierać się wyłącznie na detekcji RF i zakłócaniu linku. Potrzebne są warstwy: obserwacja optyczna, termowizja, akustyka, radar, maskowanie, rozproszenie sprzętu, ograniczanie sygnatury termicznej i zwalczanie dronów rozpoznawczych, które przygotowują atak. Bo w praktyce nie walczymy już tylko z Lancetem. Walczymy z całym łańcuchem rozpoznawczo-uderzeniowym.

Z CYKLU OKIEM NA WROGA Lancet bez sygnału radiowego. Dlaczego to jest ważne? Z frontu napływają obserwacje, że rosyjskie amunicje krążące ZALA Lancet mogą przez część lotu nie emitować typowego sygnału radiowego. Innymi słowy, platforma może dolatywać w rejon celu bez ciągłej transmisji, która wcześniej pozwalała wykryć drona, sklasyfikować zagrożenie i szybciej uruchomić reakcję obronną. To zmienia problem. Jeżeli obrona szuka głównie emisji radiowej, a tej emisji nie ma albo pojawia się dopiero pod koniec, czas na reakcję gwałtownie się skraca. W takim układzie samo WRE nie wystarczy, bo przeciwnik celowo ogranicza to, co najłatwiej wykryć i zakłócić. Nie oznacza to jednak, że Lancet samodzielnie „myśli” od startu do uderzenia. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz pośredni. Cel zostaje wcześniej znaleziony przez inny środek rozpoznania, często przez drony ZALA. Lancet otrzymuje rejon działania albo trasę dolotu, zbliża się do celu przy ograniczonej emisji, a dopiero w końcowej fazie wykorzystuje optykę, termowizję i algorytmy śledzenia obrazu. Właśnie w tym miejscu pojawia się system IRRA, opisywany przez ZALA jako pokładowy moduł rozpoznawania i naprowadzania. Według producenta ma on wykrywać, rozpoznawać i śledzić cel na podstawie obrazu, a po jego potwierdzeniu przez operatora kontynuować naprowadzanie nawet wtedy, gdy łączność zostanie zakłócona lub przerwana. Najważniejsze pytanie nadal pozostaje otwarte: jak dokładnie Lancet nawiguje w fazie dolotu? Nie mamy publicznych danych, które pozwalają jednoznacznie powiedzieć, czy podstawą jest INS, GNSS, zadana trasa, korekta z drona rozpoznawczego, beacony, czy porównywanie obrazu terenu. Najrozsądniej założyć, że Rosjanie mogą łączyć kilka metod, zależnie od wersji, zadania i warunków na froncie. Wniosek operacyjny jest prosty. Brak sygnału radiowego nie może być traktowany jako brak zagrożenia. Lancet trzeba postrzegać nie jako pojedynczego drona, ale jako element większego układu: rozpoznanie, wskazanie celu, dolot, przechwycenie obrazu, naprowadzanie końcowe i kontrola trafienia. Dlatego obrona nie może opierać się wyłącznie na detekcji RF i zakłócaniu linku. Potrzebne są warstwy: obserwacja optyczna, termowizja, akustyka, radar, maskowanie, rozproszenie sprzętu, ograniczanie sygnatury termicznej i zwalczanie dronów rozpoznawczych, które przygotowują atak. Bo w praktyce nie walczymy już tylko z Lancetem. Walczymy z całym łańcuchem rozpoznawczo-uderzeniowym.

16,867 views

Taktyka „Wilcza Wataha” – JAK Shahed i kumple saturuje OPL Od pewnego czasu mamy do czynienia z nową taktyką FR w użyciu dronów kamikadze Geran-2. Jej nazwa – „Wilcza Wataha” – nie jest przypadkowa. Inspiracja pochodzi z okresu II wojny światowej, kiedy tak określano skoordynowane ataki U-Bootów na alianckie konwoje. Dziś ta sama koncepcja działa w powietrzu, a jej celem są ukraińskie miasta, infrastruktura krytyczna i systemy obrony powietrznej. Podczas ostatniego pobytu w Ukrainie miałem okazję obserwować tę taktykę z pozycji osoby znajdującej się w miejscach, które w tym samym czasie stały się celem ataków. Zebranie szczegółowych informacji wymagało czasu i rozmów. Z perspektywy obserwatora naziemnego saturacyjny atak wygląda inaczej niż na ekranach radarów — odległe, ciche punkty światła na niebie z każdą minutą rosną, a w powietrzu czuć drżenie i narastający dźwięk silników. W pewnym momencie z różnych stron napływają jednocześnie, wywołując poczucie osaczenia. W tle słychać wybuchy i ogień przeciwlotniczy, a niebo rozświetlają reflektory OPL i ślady pocisków — wszystko dzieje się tak szybko, że trudno odróżnić cel pozorny od realnego zagrożenia. Atak prowadzony jest w pięciu fazach i zwykle obejmuje 7–11 platform na cel: 1. Podejście wstępne – drony startują z odległości 80–150 km od celu. Prowadząca Geran leci na wysokości 1 800–2 000 m, pozostałe bojowe na pułapie 1 000–1 800 m. Prędkość przelotowa wynosi 150–180 km/h. Loty są planowane tak, aby wykorzystać maskowanie terenowe i opóźnić wykrycie. 2. Zgrupowanie przed celem – na dystansie 15–20 km od celu następuje zbiórka formacji. Prowadząca koordynuje kurs i synchronizuje wejście w cel. Różnica czasowa pomiędzy maszynami nie przekracza 20–30 s. Łączność jest realizowana satelitarnie lub przez retransmisję pomiędzy dronami. 3. Uderzenie wstępne (atraktywny atak) – 2–4 atrapy „Gerbera” wchodzą pierwsze, ok. 10–15 s przed falą bojową. Mają podobną sygnaturę radarową i termiczną jak bojowe Geranie, ale są pozbawione ładunku bojowego. Koszt jednej atrapy to 10–15 tys. USD, podczas gdy rakieta OPL użyta przeciwko niej może kosztować 400–500 tys. USD. 4. Uderzenie główne – po fali atrap następuje wejście 4–6 bojowych Geranii z wielu kierunków jednocześnie, co saturuje i rozprasza obronę. Atak z pułapu 1 000–1 800 m jest zsynchronizowany w oknie 10–15 s po zniszczeniu atrap. W razie utraty prowadzącej funkcję lidera automatycznie przejmuje inny dron w roju. 5. Efekt i ewentualne cele drugorzędne – przy wskaźniku przebicia OPL na poziomie 60–80% i wzroście prawdopodobieństwa trafienia o 25–35%, część ocalałych maszyn może zostać skierowana na dodatkowe cele w promieniu 5–10 km. „Wilcza Wataha” łączy historyczną inspirację, precyzyjną koordynację i efektywność ekonomiczną. Z perspektywy obrońcy jest to trudny do odparcia atak – nie tylko ze względu na ilość i kierunki podejścia, ale także przez psychologiczny efekt saturacyjnego uderzenia, który potrafi zdezorientować załogi OPL i zwiększyć ryzyko błędów w priorytetyzacji celów.

Taktyka „Wilcza Wataha” – JAK Shahed i kumple saturuje OPL Od pewnego czasu mamy do czynienia z nową taktyką FR w użyciu dronów kamikadze Geran-2. Jej nazwa – „Wilcza Wataha” – nie jest przypadkowa. Inspiracja pochodzi z okresu II wojny światowej, kiedy tak określano skoordynowane ataki U-Bootów na alianckie konwoje. Dziś ta sama koncepcja działa w powietrzu, a jej celem są ukraińskie miasta, infrastruktura krytyczna i systemy obrony powietrznej. Podczas ostatniego pobytu w Ukrainie miałem okazję obserwować tę taktykę z pozycji osoby znajdującej się w miejscach, które w tym samym czasie stały się celem ataków. Zebranie szczegółowych informacji wymagało czasu i rozmów. Z perspektywy obserwatora naziemnego saturacyjny atak wygląda inaczej niż na ekranach radarów — odległe, ciche punkty światła na niebie z każdą minutą rosną, a w powietrzu czuć drżenie i narastający dźwięk silników. W pewnym momencie z różnych stron napływają jednocześnie, wywołując poczucie osaczenia. W tle słychać wybuchy i ogień przeciwlotniczy, a niebo rozświetlają reflektory OPL i ślady pocisków — wszystko dzieje się tak szybko, że trudno odróżnić cel pozorny od realnego zagrożenia. Atak prowadzony jest w pięciu fazach i zwykle obejmuje 7–11 platform na cel: 1. Podejście wstępne – drony startują z odległości 80–150 km od celu. Prowadząca Geran leci na wysokości 1 800–2 000 m, pozostałe bojowe na pułapie 1 000–1 800 m. Prędkość przelotowa wynosi 150–180 km/h. Loty są planowane tak, aby wykorzystać maskowanie terenowe i opóźnić wykrycie. 2. Zgrupowanie przed celem – na dystansie 15–20 km od celu następuje zbiórka formacji. Prowadząca koordynuje kurs i synchronizuje wejście w cel. Różnica czasowa pomiędzy maszynami nie przekracza 20–30 s. Łączność jest realizowana satelitarnie lub przez retransmisję pomiędzy dronami. 3. Uderzenie wstępne (atraktywny atak) – 2–4 atrapy „Gerbera” wchodzą pierwsze, ok. 10–15 s przed falą bojową. Mają podobną sygnaturę radarową i termiczną jak bojowe Geranie, ale są pozbawione ładunku bojowego. Koszt jednej atrapy to 10–15 tys. USD, podczas gdy rakieta OPL użyta przeciwko niej może kosztować 400–500 tys. USD. 4. Uderzenie główne – po fali atrap następuje wejście 4–6 bojowych Geranii z wielu kierunków jednocześnie, co saturuje i rozprasza obronę. Atak z pułapu 1 000–1 800 m jest zsynchronizowany w oknie 10–15 s po zniszczeniu atrap. W razie utraty prowadzącej funkcję lidera automatycznie przejmuje inny dron w roju. 5. Efekt i ewentualne cele drugorzędne – przy wskaźniku przebicia OPL na poziomie 60–80% i wzroście prawdopodobieństwa trafienia o 25–35%, część ocalałych maszyn może zostać skierowana na dodatkowe cele w promieniu 5–10 km. „Wilcza Wataha” łączy historyczną inspirację, precyzyjną koordynację i efektywność ekonomiczną. Z perspektywy obrońcy jest to trudny do odparcia atak – nie tylko ze względu na ilość i kierunki podejścia, ale także przez psychologiczny efekt saturacyjnego uderzenia, który potrafi zdezorientować załogi OPL i zwiększyć ryzyko błędów w priorytetyzacji celów.

30,636 views

Z CTKLU OKIEM NA WROGA - inteligentne zaglusanie Coraz wyraźniej widać, że FR i UA walka radioelektroniczna wobec dronów weszła w nową fazę. Klasyczne metody, oparte na prostym zagłuszaniu łącza czy wywoływaniu mechanizmów typu DISARM, przestały być decydujące. Operatorzy nauczyli się z nimi funkcjonować, a same platformy coraz częściej jedynie sygnalizują obecność WRE, nie tracąc natychmiast zdolności do lotu. Obecnie obserwujemy przesunięcie akcentu z „wyłączania” drona na manipulację jego zachowaniem w powietrzu. Zamiast twardego kill switcha pojawia się agresywny spoofing sygnałów sterujących. Oddziaływanie dotyczy osi pochylenia, przechyłu i odchylenia, przez co dron zaczyna zachowywać się nielogicznie, traci stabilność i sprawia wrażenie, jakby uległ awarii. W praktyce to nie awaria, lecz celowe oddziaływanie systemów WRE, którego skuteczność polega właśnie na tym, że łatwo je pomylić z problemem technicznym. Na załączonym materiale widać to bardzo wyraźnie. Najpierw pojawia się komunikat TBF DISARM DETECTED!, informujący o wykryciu sygnału dezaktywacyjnego. Ten etap sam w sobie nie prowadzi jeszcze do utraty platformy. Kluczowy moment następuje później, gdy dochodzi do zakłócania sygnału sterującego. Wtedy dron zaczyna się przechylać i „przewracać” w powietrzu, mimo że formalnie pozostaje aktywny. Warto zwrócić uwagę, że rosyjski firmware kontrolera lotu TBF już uwzględnia takie scenariusze. Na poziomie oprogramowania zaimplementowano kilka warstw ochrony przed „inteligentną” wojną elektroniczną. Część z nich działa automatycznie, na przykład mechanizmy powiązane z wysokością lotu czy położeniem drążka gazu. Istnieją jednak również tryby zaprojektowane stricte do przeciwdziałania zakłóceniom sterowania, takie jak ACRO TRAINER. Ten tryb nie uruchamia się sam. Wymaga świadomej, szybkiej reakcji operatora. To bardzo dobrze pokazuje, gdzie dziś przebiega realna linia walki. Wojna dronowa przestaje być pojedynkiem „moc nadajnika kontra odporność łącza”. Coraz bardziej jest to konflikt algorytmów, logiki sterowania i czasu reakcji człowieka. Drony nie są masowo strącane ani wyłączane. One są oszukiwane. A o tym, czy platforma przetrwa, decydują pierwsze sekundy, umiejętność rozpoznania, że to nie awaria, oraz znajomość zachowania własnego firmware’u w środowisku nasyconym WRE

Z CTKLU OKIEM NA WROGA - inteligentne zaglusanie Coraz wyraźniej widać, że FR i UA walka radioelektroniczna wobec dronów weszła w nową fazę. Klasyczne metody, oparte na prostym zagłuszaniu łącza czy wywoływaniu mechanizmów typu DISARM, przestały być decydujące. Operatorzy nauczyli się z nimi funkcjonować, a same platformy coraz częściej jedynie sygnalizują obecność WRE, nie tracąc natychmiast zdolności do lotu. Obecnie obserwujemy przesunięcie akcentu z „wyłączania” drona na manipulację jego zachowaniem w powietrzu. Zamiast twardego kill switcha pojawia się agresywny spoofing sygnałów sterujących. Oddziaływanie dotyczy osi pochylenia, przechyłu i odchylenia, przez co dron zaczyna zachowywać się nielogicznie, traci stabilność i sprawia wrażenie, jakby uległ awarii. W praktyce to nie awaria, lecz celowe oddziaływanie systemów WRE, którego skuteczność polega właśnie na tym, że łatwo je pomylić z problemem technicznym. Na załączonym materiale widać to bardzo wyraźnie. Najpierw pojawia się komunikat TBF DISARM DETECTED!, informujący o wykryciu sygnału dezaktywacyjnego. Ten etap sam w sobie nie prowadzi jeszcze do utraty platformy. Kluczowy moment następuje później, gdy dochodzi do zakłócania sygnału sterującego. Wtedy dron zaczyna się przechylać i „przewracać” w powietrzu, mimo że formalnie pozostaje aktywny. Warto zwrócić uwagę, że rosyjski firmware kontrolera lotu TBF już uwzględnia takie scenariusze. Na poziomie oprogramowania zaimplementowano kilka warstw ochrony przed „inteligentną” wojną elektroniczną. Część z nich działa automatycznie, na przykład mechanizmy powiązane z wysokością lotu czy położeniem drążka gazu. Istnieją jednak również tryby zaprojektowane stricte do przeciwdziałania zakłóceniom sterowania, takie jak ACRO TRAINER. Ten tryb nie uruchamia się sam. Wymaga świadomej, szybkiej reakcji operatora. To bardzo dobrze pokazuje, gdzie dziś przebiega realna linia walki. Wojna dronowa przestaje być pojedynkiem „moc nadajnika kontra odporność łącza”. Coraz bardziej jest to konflikt algorytmów, logiki sterowania i czasu reakcji człowieka. Drony nie są masowo strącane ani wyłączane. One są oszukiwane. A o tym, czy platforma przetrwa, decydują pierwsze sekundy, umiejętność rozpoznania, że to nie awaria, oraz znajomość zachowania własnego firmware’u w środowisku nasyconym WRE

11,104 views

Videos

DarmolinskiT's profile picture

Z CYKLU OKIEM NA WROGA Rosyjskie zużycie dronów-830 FPV NA godzinę Będzie dłuższy rolka ale waro Rosja przestała traktować drony FPV jako improwizowane narzędzie wsparcia piechoty. Coraz wyraźniej widać przejście do modelu, w którym systemy bezzałogowe są wbudowywane w strukturę armii ogólnowojskowych, brygad i pułków. To nie jest już tylko grupa kilku operatorów przy batalionie szturmowym. To próba stworzenia stałego komponentu walki, z własnym naborem, szkoleniem, logistyką, technikami, operatorami, instruktorami i powiązaniem z artylerią oraz rozpoznaniem. Rosyjskie źródła publiczne informują, że wojska bezzałogowych systemów, Войска беспилотных систем, zostały formalnie wprowadzone jako nowy rodzaj wojsk w 2025 roku. Według RBC proces ich tworzenia był zapowiadany od końca 2024 roku, następnie potwierdzony przez Putina latem 2025 roku, a w listopadzie 2025 roku rosyjskie MON ogłosiło utworzenie tej struktury. To jest ważne, bo Rosjanie nie budują już wyłącznie „droniarzy”. Budują pion organizacyjny. Według rosyjskich komunikatów i analiz w 2025 roku zaczęły pojawiać się oddzielne pułki, bataliony i centra systemów bezzałogowych. W 2026 roku jednym z priorytetów mobilizacyjnych i kadrowych ma być właśnie uzupełnianie wojsk BpS. Medwediew mówił wprost, że kompletowanie wojsk bezzałogowych jest jednym z priorytetów na 2026 rok. Liczby pokazują skalę Najmocniejsze dane liczbowe pochodzą obecnie ze strony ukraińskiej, więc trzeba je traktować jako dane wywiadowcze i operacyjne, a nie jako pełny obraz produkcji rosyjskiej. Mimo to pokazują one kierunek. Według gen. Ołeksandra Syrskiego, Rosja planuje w 2026 roku wyprodukować około 7,3 mln dronów FPV oraz 7,8 mln głowic bojowych do bezzałogowców różnych typów. To są liczby ogromne. Nawet jeśli rzeczywista produkcja będzie niższa, sam poziom planowania pokazuje, że Rosja myśli o FPV nie jako o niszowym środku rażenia, ale jako o amunicji masowej. Dla porównania, 7,3 mln FPV rocznie oznacza teoretycznie około: 608 tys. FPV miesięcznie, 20 tys. FPV dziennie, ponad 830 FPV na godzinę, jeśli liczyć czysto matematycznie w skali całego roku. To oczywiście nie oznacza, że tyle dronów codziennie trafia bezpośrednio na front. Część odpada na etapie produkcji, testów, transportu, magazynowania, szkolenia i strat technicznych. Ale nawet przy bardzo dużej redukcji realnej dostępności, skala pozostaje groźna. Jeżeli z planowanych 7,3 mln FPV tylko 20% faktycznie trafiłoby do jednostek liniowych i byłoby użyte bojowo, daje to 1,46 mln FPV rocznie, czyli około 4 tys. dronów dziennie. Przy skuteczności bojowej na poziomie zaledwie 5–10% nadal mówimy o potencjale 200–400 skutecznych trafień dziennie w skali teatru działań. To jest właśnie logika rosyjskiego podejścia: nie perfekcja pojedynczej załogi, tylko masa, ciągłość presji i nasycenie odcinków frontu. Ukraińskie i zachodnie źródła wskazują, że Rosja szybko powiększa personel związany z wojskami bezzałogowymi. Według Ukraińskiej Prawdy, rosyjskie wojska systemów bezzałogowych miały osiągnąć około 101 tys. osób, z planem wzrostu do 165,5 tys. do końca 2026 roku. Jamestown Foundation podaje z kolei, że rosyjska mapa drogowa zakłada dalszą rozbudowę nawet do około 210 tys. personelu i blisko 1000 jednostek związanych z systemami bezzałogowymi. W tym samym opracowaniu pojawia się liczba prawie 79 tys. osób przewidzianych do pozyskania w 2026 roku, w tym z uczelni, środowisk technicznych i spośród weteranów. Nawet jeśli te liczby są częściowo deklaratywne, pokazują zmianę jakościową. Rosja nie chce wyłącznie kupować dronów. Ona próbuje zbudować cały system ich użycia: ludzi, szkolenia, jednostki, procedury, logistykę, serwis, naprawy, magazynowanie głowic i integrację z artylerią. 1/3

Tomasz Darmolinski

194,896 views • 2 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Czy Polska potrzebuje ukraińskich technologii dronowych? To pytanie trzeba zadać szczególnie po awanturze wokół MiG-29. Odpowiedź nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Problem polega na tym, że zbyt często sprowadzamy wojnę dronową do samego sprzętu. Do platformy, zasięgu, głowicy, kamery, łącza albo odporności na zakłócenia. Tymczasem na Ukrainie najważniejsza lekcja nie dotyczy pojedynczego drona, tylko całej architektury użycia: rozpoznania, łączności, radiociszy, autonomii, WRE, produkcji, napraw, wymiany danych, logistyki i szybkiej iteracji na podstawie strat. Dobrym przykładem są platformy klasy HORNET i FP-1/FP-2. W ich przypadku widać wspólny kierunek rozwoju: lot po zaprogramowanej trasie, ograniczona emisja radiowa, kierunkowa łączność IP, anteny fazowane, odporność na GNSS-denied, CRPA i autonomia w fazie terminalnej. To nie jest już dron sterowany radiowo w prostym rozumieniu. To węzeł sieciowego systemu głębokiego rażenia. Komponenty klasy Radionor/CRE2 pokazują, jak bardzo zmienia się logika łączności. Nie mówimy o zwykłej antenie, ale o zintegrowanym terminalu z anteną fazowaną, radiem, elektroniką sterującą wiązką i interfejsem IP. Taki moduł nie emituje szeroko jak klasyczna antena dookólna. Formuje kierunkową wiązkę radiową do wybranego węzła, poprawia bilans łącza, ogranicza emisję boczną i utrudnia przypadkowe wykrycie oraz zakłócenie. To bezpośrednio uderza w klasyczne myślenie o WRE. Jeżeli platforma wykonuje większość lotu w radiociszy, korzysta z nawigacji INS/GNSS wspieranej przez odporne anteny CRPA, a w końcowej fazie może przejść na autonomię terminalną, to nie ma prostego kanału sterowania, który można wykryć, namierzyć i zagłuszyć. Obrona nie może więc opierać się wyłącznie na „zagłuszaniu drona”. Musi łączyć detekcję radiową, radarową, optyczną, akustyczną, analizę trajektorii i środki kinetyczne. Dlatego pytanie „czy potrzebujemy ukraińskiej technologii dronowej” jest źle postawione, jeśli rozumiemy technologię wyłącznie jako komponent albo gotową platformę. Polska nie potrzebuje mitu, że wystarczy pozyskać „ukraińskie drony” i problem zostanie rozwiązany. Potrzebuje zrozumienia procesu, który za nimi stoi: jak projektuje się platformę pod realne WRE, jak testuje się ją na froncie, jak szybko poprawia się błędy, jak buduje się masową produkcję i jak łączy się drony z rozpoznaniem, łącznością oraz rażeniem. Najpierw musimy więc zrozumieć, jak naprawdę wygląda wojna dronowa. I tu zaczyna się największy problem. W wykonaniu naszego wojska, instytutów badawczych, akademii i uczelni często widać ogromną lukę między teorią a realnym polem walki. Niestety na czele tej kolejki stoi dziś Inspektorat, który w mojej ocenie całkowicie nie rozumie stopnia skomplikowania i złożoności procesu dronizacji pola walki.

Tomasz Darmolinski

48,656 views • 28 days ago

DarmolinskiT's profile picture

Przechwycony egzemplarz amerykańskiego drona uderzeniowego Hornet pokazuje coś ważniejszego niż samą konstrukcję. Pokazuje zmianę sposobu walki z logistyką. Hornet jest opisywany jako niewielki, płatowcowy dron uderzeniowy średniego zasięgu, wykorzystywany przez Ukraińców do ataków na rosyjskie pojazdy, transport paliwa i ruch logistyczny na zapleczu frontu. W źródłach pojawia się zakres 50–150 km, ale tę liczbę trzeba traktować ostrożnie. Przy masie rzędu 15 kg, głowicy około 4–5 kg, rozpiętości około 2,2 m i prędkości przelotowej około 100–120 km/h, wartość 150 km wygląda raczej na górną granicę w bardzo korzystnym profilu lotu, a nie na pewny, powtarzalny promień bojowy przy klasycznym starcie z ziemi. To zastrzeżenie jest istotne, bo w ostatnich dniach pojawiły się informacje o testach Horneta wynoszonego przez balon/aerostat na wysokość około 8–8,25 km. Po wypuszczeniu dron miał przelecieć szybowaniem około 42 km i zachować większość energii w akumulatorze. Taki profil całkowicie zmienia rachunek zasięgu, bo platforma nie zużywa energii na start, wznoszenie i długi lot w gęstym powietrzu przy ziemi. Dopiero w takim wariancie wartości rzędu 150 km i więcej zaczynają wyglądać technicznie wiarygodniej. Z materiałów rosyjskich i ukraińskich wynika, że Hornet ma dwie kamery, jedną skierowaną do przodu, drugą w dół. Ten układ sugeruje nie tylko klasyczne naprowadzanie na cel, ale też wsparcie orientacji terenowej i pracy algorytmów wizyjnych. To ważne w środowisku, gdzie GPS może być zakłócany, a sam lot do celu nie może opierać się wyłącznie na zwykłej nawigacji satelitarnej. Najważniejszy wniosek nie dotyczy więc samej liczby kilometrów. Hornet wypełnia lukę między klasycznym FPV a dużymi dronami dalekiego zasięgu. FPV działa głównie w pobliżu linii styczności. Duże drony uderzają w cele strategiczne, rafinerie, składy, zakłady przemysłowe. Hornet i podobne platformy pracują pośrodku, czyli tam, gdzie znajduje się realny krwiobieg armii: drogi, cysterny, ciężarówki, punkty przeładunkowe, warsztaty, mosty i zaplecze brygad. To jest właśnie sens ukraińskiej kampanii „middle strike”. Guardian opisuje działania przeciwko rosyjskiej trasie R-280, nazywanej już „highway of death”, jako systematyczne uderzenia na logistykę na głębokości około 20–200 km za frontem. Ukraińcy twierdzą, że na wybranych odcinkach ruch wojskowych ładunków spadł nawet o 71% w ciągu dwóch tygodni. Tę liczbę trzeba traktować jako deklarację strony walczącej, ale sam trend jest spójny z innymi doniesieniami: rosyjskie zaplecze staje się coraz mniej bezpieczne. Dlatego Hornet nie powinien być opisywany jako „kolejny dron kamikaze”. To element szerszego modelu: tania lub relatywnie tania amunicja krążąca średniego zasięgu, wsparta obserwacją, algorytmami wizyjnymi, łącznością i rozpoznaniem tras. Jej zadaniem nie jest jednorazowy efekt medialny, ale systematyczne duszenie ruchu logistycznego. Dla wojsk lądowych to poważna lekcja. Współczesna logistyka nie może zakładać, że 50 czy 100 km od frontu zaczyna się bezpieczne zaplecze. Ochrona konwojów, rozproszenie, maskowanie, mobilne C-UAS, kontrola emisji elektromagnetycznej, obserwacja tras i szybka zmiana korytarzy ruchu stają się tak samo ważne jak same pojazdy i magazyny. Hornet pokazuje więc nie tylko nową platformę, ale nowy problem operacyjny. Zaplecze przestaje być zapleczem. Staje się częścią pola walki.

Tomasz Darmolinski

62,504 views • 1 month ago

DarmolinskiT's profile picture

Zmiana rosyjskiej taktyki: bomby FAB/KAB i ZALA Z-16 jako system polowania na zaplecze frontu Informacja od strony ukraińskiej pokazuje zmianę w rosyjskim użyciu kierowanych bomb lotniczych. Jeszcze kilka miesięcy temu przeciwnik testował rażenie celów na dużą głębokość, nawet do około 250 km w głąb Ukrainy. Obecnie częściej używa FAB/KAB przeciwko miejscowościom, przeprawom, budynkom i obiektom położonym wzdłuż linii frontu. Nie oznacza to rezygnacji z większego zasięgu. Rosjanie wykorzystują go inaczej, jako bufor bezpieczeństwa dla lotnictwa. Samolot może odpalić bombę dalej od linii bojowego zetknięcia, bez wchodzenia w najbardziej ryzykowną strefę ukraińskiej OPL. Według relacji ukraińskiej bomby mają być też odpalane po mniej oczywistych trajektoriach, aby utrudnić przewidzenie punktu uderzenia i przechwycenie. Drugi element tej układanki to ZALA Z-16. To nie jest tylko kamera do nagrania trafienia. W większych wariantach, takich jak Z-16-5G/T-16-5G, mówimy o platformie rozpoznawczej o masie startowej do około 49,5 kg, rozpiętości 4,64 m, napędzie hybrydowym, czasie lotu ponad 12 godzin i deklarowanym zasięgu transmisji wideo ponad 150 km. To pozwala długo utrzymywać obserwację nad rejonem działania, bez konieczności pracy operatora blisko linii frontu. Technicznie ZALA pełni rolę ISR/BDA, czyli rozpoznania, obserwacji i oceny skutków rażenia. Głowica optoelektroniczna pozwala śledzić przeprawy, drogi dojazdowe, zabudowania, ruch pojazdów i punkty koncentracji. Nawigacja bezwładnościowa, korekcja satelitarna i alternatywne tryby nawigacji zwiększają odporność systemu w środowisku zakłóceń. Start z wyrzutni pneumatycznej i lądowanie na spadochronie pozwalają używać systemu z przygotowanych, ale stosunkowo mobilnych stanowisk. W tym modelu ZALA wykrywa cel, utrzymuje go w obserwacji, potwierdza aktywność, przekazuje obraz do stanowiska dowodzenia, a po uderzeniu ocenia efekt. Powstaje pełna pętla: rozpoznanie, decyzja, uderzenie i kontrola skutków. FAB/KAB daje duży ładunek bojowy i rażenie z dystansu. ZALA daje aktualność celu i potwierdzenie, czy uderzenie miało sens. W takim układzie przeprawa, droga logistyczna, budynek albo punkt koncentracji nie są atakowane przypadkowo. Najpierw są obserwowane, potem rażone, a następnie oceniane pod kątem potrzeby kolejnego uderzenia. To zmienia sposób patrzenia na ZALA Z-16. Nie jest to już tylko dron rozpoznawczy. To sensor wpięty w system rażenia. Największym zagrożeniem nie jest pojedyncza bomba ani pojedynczy BSP, ale ich integracja w sprawną pętlę polowania na zaplecze frontu.

Tomasz Darmolinski

37,151 views • 1 month ago

DarmolinskiT's profile picture

W ostatnich trzech miesiącach na wielu odcinkach frontu widać wyraźną zmianę: rosyjskie pojazdy opancerzone coraz rzadziej pojawiają się jako główne narzędzie ataku. Nie chodzi o to, że Rosji nagle zabrakło czołgów, BWP czy transporterów. Chodzi o coś ważniejszego: przeciwnik coraz ostrożniej używa ciężkiego sprzętu w działaniach szturmowych. Jeszcze pod koniec 2024 roku i na początku 2025 roku obserwowaliśmy sytuacje, w których Rosjanie potrafili wprowadzać do ataku po kilka pojazdów opancerzonych, a raz na pewien czas organizować większy rzut z udziałem kilkunastu albo kilkudziesięciu maszyn na jednym kierunku. Dziś ten obraz wygląda inaczej. Ciężkie opancerzenie nie znika z rosyjskich struktur. Ono zmienia swoją rolę. Coraz częściej jest zasobem zbyt cennym, zbyt widocznym i zbyt podatnym na wykrycie, żeby używać go tak, jak używano go jeszcze kilka lat temu. Drony rozpoznawcze, amunicja krążąca, FPV, artyleria korygowana z powietrza i rozwinięta świadomość sytuacyjna sprawiły, że klasyczny atak opancerzony staje się operacją wysokiego ryzyka. To nie oznacza końca czołgu. Oznacza koniec pewnej swobody jego użycia. Równolegle widać drugi proces: systematyczne „dziurawienie” rosyjskiej obrony powietrznej i radarów. Ukraińskie Ministerstwo Obrony podało, że tylko w kwietniu 2026 roku uderzono co najmniej 25 rosyjskich systemów obrony powietrznej i radarów, w tym elementy systemów Tor, Buk, Osa, Pantsir oraz radary powiązane z architekturą S-400. To nie są cele przypadkowe. To są węzły, które decydują o tym, czy kolejna fala dronów, pocisków i środków rażenia w ogóle zostanie skutecznie wykryta i zwalczona. Podobny trend widać na Krymie. OSW opisywał marcowe uderzenia na Sewastopol, okolice bazy Kacza oraz elementy rosyjskiej OPL, w tym radary i wyrzutnie S-400. Pod koniec kwietnia Ukraina potwierdziła kolejne uderzenia w rosyjski system obrony powietrznej, stanowisko dowodzenia OPL, radar MR-10 i elementy infrastruktury w okupowanym Krymie. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, będziemy widzieć coraz mniej klasycznych obrazków z dużymi kolumnami opancerzonymi i coraz więcej działań rozproszonych, kombinowanych, opartych o małe grupy, drony, rozpoznanie, uderzenia punktowe i walkę o sensory. Rosja nadal ma masę, ludzi i sprzęt, ale sposób użycia tej masy coraz bardziej ogranicza środowisko pola walki. Wielkie opancerzone giganty nie tyle odchodzą do historii, ile tracą monopol na przełamanie. Dziś przewagę daje nie sama stal, ale zdolność do wykrycia, namierzenia, zakłócenia i uderzenia szybciej niż przeciwnik zdąży zareagować. I właśnie dlatego walka z radarami, systemami OPL, logistyką i stanowiskami dowodzenia jest tak ważna.

Tomasz Darmolinski

27,284 views • 2 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Współczesne operacje zbrojne przeszły transformację, w której główną rolę odgrywają systemy bezzałogowe, sensory, walka radioelektroniczna, analiza danych i architektura informacyjna. W wielu obszarach to właśnie te technologie zastąpiły funkcje, które dotychczas były domeną klasycznej artylerii, lotnictwa czy piechoty. W efekcie wiele procesów taktycznych, które wydawały się „niezmienne”, straciło swoją użyteczność w warunkach realnego pola walki. Na poziomie szkolenia wciąż istnieją jednostki, które opierają przygotowanie taktyczne na klasycznych paradygmatach intensywne szkolenia szturmowe, dominacja ogniem, działania zespołowe na krótkim dystansie. W teorii wygląda to dobrze. W praktyce oddziały rzadko osiągają fazę kontaktu, ponieważ są wykrywane, śledzone i eliminowane na znacznie wcześniejszych etapach. Nasycenie pola walki dronami FPV, amunicją krążącą, platformami VTOL oraz dronami operującymi w paśmie Ku (10–12 GHz) zmieniło środowisko działań tak mocno, że klasyczne modele wejścia do walki straciły realne znaczenie. Dolna warstwa powietrzna wysokości od kilku do kilkuset metrów stała się dominującą domeną działań. To tam działa sensoryka, zwiad, zakłócenia, precyzyjne rażenie i dynamiczne przejmowanie inicjatywy. Każdy pododdział poruszający się bez własnej architektury BSP jest narażony na wykrycie i neutralizację, zanim wejdzie w kontakt bojowy. Stare pojęcie „walki piechoty z piechotą” zostało zastąpione przez „walkę systemu sensorycznego z systemem sensorycznym”. W takim środowisku nie istnieje jedno rozwiązanie antydronowe. Obrona wymaga architektury warstwowej: pasywnych sensorów optycznych i termicznych, systemów sejsmicznych i akustycznych, triangulacji RF, zakłócania, środków kinetycznych, broni energetycznych oraz komponentów ofensywnych degradujących infrastrukturę systemów BSP przeciwnika. Każda luka w tej sieci przenosi ciężar odpowiedzialności na piechotę a ta nie jest w stanie pełnić tej roli efektywnie, bo broń strzelecka to wyłącznie ostatnia linia reakcji, a nie narzędzie systemowe. Zmienia się również charakter wyszkolenia. Ogień „na stłumienie” w działaniach szturmowych ma dzisiaj marginalne znaczenie wobec dronów wykonujących manewry z dużą prędkością i bardzo małą powierzchnią skuteczną. Żołnierz musi mieć kompetencje do prowadzenia ognia precyzyjnego, a to wymaga zupełnie innych standardów treningowych. Jednocześnie piechota wciąż pozostaje istotnym komponentem ecz jej zadania są ściśle zależne od zdolności do działania w środowisku saturacji sensorami wroga, a nie od klasycznych schematów doktrynalnych. Największą barierą w adaptacji nie jest brak technologii, lecz inercja myślowa. Struktury dowodzenia w wielu armiach wciąż definiują działania lądowe przez pryzmat artylerii masowej, poprzez model „ognia saturacyjnego”, zamiast przez pryzmat precyzyjnych efektorów, ciągłej informacji i integracji BSP z artylerią oraz wojną elektroniczną. Ten konserwatyzm spowalnia rozwój komponentów powietrzno-uderzeniowych, które w obecnych warunkach powinny być kluczowym elementem wsparcia manewru i budowania przewagi lokalnej. Realną przewagę osiągają dziś systemy działające w koncentracji: roje FPV, drony rozpoznawcze, sensory multispektralne, mobilne stacje EW, systemy wykrywania RF i narzędzia AI analizujące dane w czasie rzeczywistym. Dopiero współdziałanie tych wszystkich elementów tworzy architekturę, która pozwala przejąć inicjatywę i zredukować zdolności przeciwnika, zanim ten w ogóle zdąży użyć swoich platform ciężkich. W efekcie pojawia się kluczowe pytanie strategiczne: gdzie w tym nowym środowisku operacyjnym ma dziś realne miejsce ciężki sprzęt, klasyczne lotnictwo taktyczne i bojowe oraz szeroko rozumiana modernizacja Wojska Polskiego? Bo jeśli architektura konfliktu przenosi się w kierunku masowej robotyzacji, saturacji sensorami i walki o informację, to każdy miliard złotych zainwestowany w sprzęt powolny, wysokoemisyjny sygnałowo i podatny na drony może okazać się stracony.

Tomasz Darmolinski

60,379 views • 8 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Z CYKLU OKIEM NA WROGA Jak zbudowana jest rosyjska „linia dronów” Rosjanie coraz wyraźniej odchodzą od prostego modelu: pluton, kompania albo brygada ma swoje drony i używa ich na własnym odcinku. To już za mało. Na froncie widać próbę budowy bardziej zorganizowanego systemu, który można określić jako rosyjską linię dronów. Nie chodzi w nim tylko o większą liczbę FPV. Chodzi o podział pola walki na warstwy, przypisanie do nich konkretnych typów dronów, załóg, celów i jednostek odpowiedzialnych za rażenie. W praktyce jest to próba stworzenia eszelonowego systemu rozpoznania i uderzeń BSP. I eszelon, strefa bezpośredniego rażenia Pierwsza warstwa obejmuje zwykle obszar od linii styczności do około 5 km w głąb ugrupowania przeciwnika. To strefa bezpośredniego kontaktu. Jej zadaniem nie jest głęboka izolacja pola walki, ale paraliżowanie ruchu na pierwszej linii. Cele są proste i brutalne: personel, pojedyncze pojazdy, lekkie środki transportu, punkty ogniowe, małe grupy szturmowe, stanowiska obserwacyjne, wejścia do okopów, próby rotacji i ewakuacji. W tej warstwie dominują: FPV, drony światłowodowe, małe drony bombowe, proste środki rozpoznawcze, bezzałogowce przechwytujące i improwizowane platformy uderzeniowe. W modelu 6. Armii Ogólnowojskowej Zachodniego Zgrupowania Wojsk mowa jest nawet o co najmniej 100 załogach działających w tej pierwszej strefie. To pokazuje skalę. Nie jest to już kilku operatorów „doklejonych” do oddziału. To próba utrzymania stałej presji ogniowej i obserwacyjnej na całym odcinku. W tej strefie działają przede wszystkim pododdziały organiczne niższego szczebla, czyli jednostki przypisane do pułków, brygad i batalionów, wzmocnione operatorami FPV oraz zespołami obsługującymi drony światłowodowe. Ich zadanie jest jasne: zamienić pierwsze kilometry frontu w strefę ciągłego zagrożenia z powietrza. II eszelon, strefa niszczenia logistyki i systemów wsparcia Druga warstwa zaczyna się zwykle za pierwszą strefą. W modelu 2. Armii Ogólnowojskowej obejmuje obszar mniej więcej od 5 do 10 km. W modelu 6. Armii Ogólnowojskowej sięga znacznie głębiej, nawet do 25 km od linii frontu. I tu zaczyna się prawdziwa zmiana jakościowa. To nie jest już polowanie na pojedynczego żołnierza w okopie. To jest atak na system, który utrzymuje jednostki przeciwnika w walce. Priorytetowe cele w II eszelonie to: systemy walki elektronicznej, anteny, terminale łączności satelitarnej, środki retransmisji, stanowiska artylerii, punkty przeładunkowe, trasy zaopatrzenia, pojazdy logistyczne, rezerwy, miejsca koncentracji, punkty ewakuacji i rotacji. W tej warstwie Rosjanie używają już szerszego zestawu środków: Orłan-10, Zala-16, Supercam, Lancet, Mołnia, drony światłowodowe o większym zasięgu, FPV przenoszone bliżej rejonu działania oraz platformy rozpoznawczo-uderzeniowe. W modelu 6. Armii mówi się o około 60 załogach przypisanych do tej warstwy. To mniej niż w pierwszym eszelonie, ale są to załogi działające na większej głębokości i na trudniejszych celach. Tu pojawiają się już nie tylko pododdziały organiczne brygad, ale także elementy rozpoznania, artylerii, Specnazu oraz wyspecjalizowane grupy dronowe wspierające działania zgrupowania wojsk. Ich rola nie polega na „lataniu dla obrazu”. Ich rola polega na odnalezieniu i zniszczeniu tego, co pozwala przeciwnikowi dowodzić, strzelać, przemieszczać się i utrzymywać tempo walki. III eszelon, strefa izolacji pola walki Trzecia warstwa zaczyna się tam, gdzie kończy się klasyczne użycie FPV w prostym rozumieniu. W modelu 2. Armii mowa jest o celach powyżej 10 km od linii styczności. W modelu 6. Armii trzeci eszelon obejmuje odcinek mniej więcej 25–35 km w głąb ugrupowania przeciwnika. To już strefa operacyjnej izolacji. Cele są inne niż w pierwszej warstwie. Tu nie chodzi o zatrzymanie pojedynczego szturmu. Tu chodzi o uderzenie w zdolność przeciwnika do prowadzenia walki na całym odcinku.

Tomasz Darmolinski

16,022 views • 3 months ago

DarmolinskiT's profile picture

System SAN – potrzebny krok, ale znów przygotowujemy się do wojny, która już minęła Podpisanie umowy na system antydronowy SAN to bez wątpienia przełomowy moment dla polskiej obrony powietrznej. Po latach zaniedbań, zapowiedzi i programów „na papierze” państwo wreszcie zdecydowało się na realną inwestycję w dolną warstwę OPL. W świecie, w którym drony stały się jednym z głównych narzędzi prowadzenia wojny, sam fakt uruchomienia programu należy uznać za krok w dobrą stronę. SAN ma być systemem warstwowym, integrującym sensory, środki walki elektronicznej i efektory kinetyczne. Jego głównym zadaniem jest ochrona infrastruktury krytycznej, zaplecza logistycznego oraz wybranych obszarów kraju przed zagrożeniami z powietrza. W tym zakresie odpowiada on na bardzo realne ryzyko – masowe użycie platform takich jak Geran/Shahed, Gerbera czy większe bezzałogowce rozpoznawcze i uderzeniowe. Doświadczenia Ukrainy pokazują jasno: państwo pozbawione takiej ochrony jest podatne na tanie, długozasięgowe uderzenia na zaplecze. Problem polega jednak na tym, że system SAN jest coraz częściej przedstawiany jako odpowiedź na „wojnę dronową” jako taką, podczas gdy współczesny konflikt pokazuje, że nie istnieje jeden typ zagrożenia dronowego ani jedno uniwersalne rozwiązanie. Wojna dronowa nie jest jedną wojną Obrona przed dronami jest dziś skrajnie zróżnicowana i wielopoziomowa. Innych narzędzi wymaga zwalczanie dużych platform strategicznych, a zupełnie innych – masowych dronów taktycznych. Tymczasem obecny konflikt, szczególnie na Ukrainie, jasno pokazuje, że ciężar działań bojowych przesunął się na poziom FPV. To właśnie tanie, masowe drony FPV odpowiadają dziś za większość strat taktycznych. Są szybkie, lecą nisko, wykorzystują osłonę terenu i coraz częściej nie emitują klasycznych sygnałów radiowych. Drony na światłowodzie, z autonomicznym naprowadzaniem AI w fazie terminalnej oraz z pasywnym wykrywaniem emisji radiowych omijają klasyczne założenia systemów C-UAS. Co więcej, pojawiła się już cała kategoria tzw. dronów 'czekających" żdunów – pasywnych platform , które potrafią przez długi czas pozostawać niewidoczne, by zaatakować dokładnie w momencie emisji lub ruchu pojazdu, personelu. Do tego nowe reaktywne Geranie i Gerbery. W takich warunkach aktywne elementy obrony – radar, jammer, stanowisko dowodzenia czy wieża ogniowa – stają się priorytetowym celem, a nie tarczą. Twarde ograniczenia techniczne, których nie da się przeskoczyć Tu kończy się marketing, a zaczyna fizyka. Drony FPV poruszające się na wysokości 5–30 metrów AGL bardzo często znajdują się poniżej horyzontu radarowego. Radar umieszczony na pojeździe lub maszcie o wysokości 6–10 metrów widzi taki cel realnie z odległości 1–3 km, często mniej w terenie pofałdowanym. Przy prędkościach FPV rzędu 120–180 km/h oznacza to 20–60 sekund od wykrycia do uderzenia o ile wykrycie w ogóle nastąpi bo z tym bywa roznie. W przypadku dronów na światłowodzie lub z autonomicznym naprowadzaniem: brak emisji RF oznacza brak celu dla systemów pasywnych, brak uplinku oznacza brak obiektu do zakłócania, skuteczna powierzchnia odbicia radarowego często spada poniżej 0,01 m². Architektura SAN opiera się na klasycznym łańcuchu: sensor → C2 → decyzja → efektor. Nawet przy wysokiej automatyzacji są to dziesiątki sekund. Tymczasem nowa generacja droboów działają w skali sekund i setek metrów. To są dwa różne światy czasowe, których nie da się połączyć jednym systemem. Dochodzi do tego ekonomia. Wspóczesne drony kosztuje kilkaset do kilku tysięcy dolarów, podczas gdy jego neutralizacja za pomocą infrastruktury ciężkich systemów generuje wielokrotnie wyższe koszty. W warunkach saturacji ekonomia konfliktu zaczyna działać na niekorzyść obrońcy. W swojej analizie „Przyszła wojna” Krzysztof Wojczal trafnie zwraca uwagę na fundamentalny problem planowania obronnego: państwa bardzo często przygotowują się do wojny, która już była, a nie do tej, która faktycznie nadchodzi. 1/2

Tomasz Darmolinski

16,831 views • 6 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Współczesne pole walki zmieniło się tak bardzo, że dotychczasowe podręczniki manewru wojsk lądowych przestają mieć zastosowanie. Ukraina, zmuszona do walki z liczniejszym przeciwnikiem i ograniczonymi zasobami, zaczęła stosować rozwiązania, które podważają klasyczne doktryny. Wnioski z raportu brytyjskiego instytutu RUSI pokazują, że to właśnie ukraińskie oddziały stały się dziś laboratorium nowoczesnej taktyki, opartej na dronach, informacji i rozproszeniu sił, a nie na masie i koncentracji. Tradycyjny manewr zakładał skupienie czołgów, piechoty i artylerii w jednym miejscu, by przełamać linię przeciwnika i błyskawicznie rozwijać natarcie. W warunkach, w których drony, czujniki i satelity obserwują każdy ruch, takie podejście jest jednak nie do utrzymania. Nie da się już ukryć koncentracji wojsk ani zaskoczyć przeciwnika. Każde większe zgrupowanie zostaje szybko wykryte, oznaczone i zniszczone jeszcze przed wejściem do walki. Zamiast efektu zaskoczenia pojawia się efekt uprzedzenia. Co więcej, natarcie traci tempo, bo przeciwnik atakuje jego tyły – linie zaopatrzenia, stanowiska dowodzenia i rezerwy. Oddziały na pierwszej linii wyprzedzają własne zaplecze, tracą paliwo, amunicję i zdolność do manewru. W tej sytuacji obie strony musiały się dostosować. Rosja postawiła na prostą, brutalną metodę: masowe użycie artylerii i dronów do „mielenia” ukraińskich pozycji, a następnie przerzucanie małych grup szturmowych, które próbują wykorzystać osłabione punkty obrony. Ukraina, pozbawiona licznej armii i przewagi sprzętowej, odpowiedziała zupełnie inaczej – budując tak zwany „mur dronów”. To wielowarstwowy pas o głębokości kilkudziesięciu kilometrów, w którym rosyjskie jednostki są systematycznie wyczerpywane przez setki bezzałogowców. Każdy ruch, każda kolumna, każdy skład amunicji znajduje się w zasięgu precyzyjnego uderzenia. Ale to nie tylko obrona. Najbardziej efektywne ukraińskie jednostki zaczęły stosować nową taktykę ofensywną, w której tradycyjne pojęcie frontu praktycznie znika. Pole walki podzielono na trzy strefy: kontaktową – do około 15 km, gdzie toczą się bezpośrednie starcia; średnią – do 30 km, z której przeciwnik prowadzi wsparcie ogniowe i operacje dronowe; oraz głęboką – obejmującą zaplecze, logistykę i rezerwy. Każda z tych stref wymaga innego rodzaju działań, innego tempa, innego sposobu dowodzenia. Zamiast frontalnego ataku pojawia się manewr sektorowy – elastyczny, wieloetapowy i precyzyjny. Ukraińskie oddziały wypracowały siedmiostopniowy model zdobywania sektora: zaczynają od rozpoznania i zwiadu, następnie izolują przeciwnika, uderzają w jego system wsparcia, blokują drogi odwrotu, osłabiają morale i sprzęt ciągłymi atakami, tłumią i unieruchamiają resztki oporu, po czym dopiero wchodzą, by oczyścić teren i zabezpieczyć zdobyte pozycje. Każdy etap jest wspierany przez drony – zwiadowcze, uderzeniowe, FPV, EW – które tworzą nieprzerwany system obserwacji i rażenia. Piechota wchodzi dopiero wtedy, gdy przeciwnik jest już fizycznie i psychicznie sparaliżowany. Ten model walki to zupełnie nowy sposób myślenia o wojnie lądowej. Nie liczy się liczba czołgów ani ton amunicji, tylko zdolność do obserwacji, koordynacji i błyskawicznego reagowania. Drony i systemy elektroniczne pozwalają widzieć więcej, działać szybciej i uderzać precyzyjniej, a to oznacza, że o zwycięstwie decyduje informacja, nie ogień. W praktyce batalion przyszłości to nie klasyczny związek taktyczny, ale rozproszona sieć połączonych zespołów – z własnymi dronami, łącznością, elektroniką i elastyczną strukturą dowodzenia. Każdy element działa samodzielnie, ale w ramach wspólnego obrazu pola walki. Wnioski są oczywiste. Era klasycznego manewru dobiegła końca. Kto będzie planował przyszłe operacje według schematów z XX wieku, przegra wojnę XXI wieku. Ukraina pokazała, że można walczyć skutecznie nawet przy mniejszej liczbie żołnierzy i sprzętu, jeśli ma się przewagę w świadomości sytuacyjnej, elastyczności i zdolności do szybkiego uczenia się.

Tomasz Darmolinski

20,511 views • 8 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Amerykanie budują dronową armię w Europie. Polska wciąż daleko w tyle To, co dziś robi armia USA z dronami na europejskim teatrze działań, nie ma nic wspólnego z demonstracją sprzętu czy pokazem siły. To świadoma i przyspieszona adaptacja do realiów pola walki, które już teraz definiuje konflikt w Ukrainie. Najlepszym tego dowodem są pierwsze w historii zawody operatorów bezzałogowców zorganizowane w grudniu przez U.S. Army Europe and Africa na poligonie w Grafenwöhr (Niemcy). Nie były to ćwiczenia pokazowe to był test kompetencji, taktyki i organizacji. W zawodach udział wzięły zespoły z USA, Hiszpanii i Włoch. W praktyce kilkuosobowe grupy, które musiały wykonać zadania rozpoznania, precyzyjnego pilotażu, oceny terenu i działania zespołowego w czasie rzeczywistym. Zwycięzcy pojadą na finały do USA, ale najważniejsze nie są nagrody, tylko przesłanie: w armii przyszłości każdy żołnierz ma rozumieć drona, nie tylko operator. Nie chodzi o kolejny nowy typ BSP. Chodzi o zmianę paradygmatu. US Army testuje podejście, w którym: ●dron jest integralną częścią drużyny bojowej, ●sprzęt może być tani, cywilny, jednorazowy, ale musi być dostępny, ●operatorzy są szkoleni w warunkach bliskich frontowym, nie laboratoryjnych, ●rozwój zdolności opiera się na ludziach, nie tylko sprzęcie. Przeniesienie tego typu ćwiczeń do Europy nie jest przypadkowe. To tutaj amerykańskie siły będą musiały działać jako pierwsze w przypadku eskalacji. To tu rozgrywa się wojna, która wymusiła największą od dekad reorganizację taktyki, łączności i wykorzystania BSP. Europa Środkowo-Wschodnia to dziś poligon przyszłych wojen. Co ważne dowódcy US Army wprost przyznają, że mają zaległości. Że nie nadążyli z implementacją rozwiązań dronowych w terenie. Że muszą uczyć się szybciej nie tylko od sojuszników, ale także od przeciwników. I dlatego inwestują nie tylko w sprzęt, ale przede wszystkim w budowę kompetencji i systemów dowodzenia zdolnych do zarządzania działaniami opartymi o bezzałogowce. Ukraina nie wygrała wojny dronowej dzięki lepszemu sprzętowi. Wygrała czasem reakcji i umiejętnością wdrażania zmian. Uczyła się szybciej niż przeciwnik. Wprowadzała nowe rozwiązania w cyklach tygodniowych, a nie rocznych. W ten sposób zyskała przewagę nie technologiczną, lecz organizacyjną. Amerykanie to rozumieją i przekuwają w praktykę: uczą wszystkich żołnierzy obsługi i walki z BSP, rozwijają integrację z systemami walki elektronicznej i C2, testują koncepcje rozproszonego dowodzenia, automatyzują analizę obrazu i działania po wykryciu. Nie testują „gadżetów”. Budują ekosystem. Na tym tle sytuacja Polski wypada blado. Kolejny rok upłynął, a programy dronowe Inspektoratu Uzbrojenia i MON wciąż nie przeszły z fazy analiz do fazy operacyjnej. Brakuje spójnej koncepcji wykorzystania BSP, brakuje rozpisanej struktury kompetencji, brakuje systemu szkoleń a tym bardziej systemu wdrożeń. Oddolne inicjatywy w Wojsku Polskim są wartościowe są świetni instruktorzy, rosnące zainteresowanie, dobre praktyki taktyczne. Ale oddolność nie zastąpi decyzji strategicznych. Bez jednolitego podejścia, bez centralnego systemu szkoleń i standardów, Wojsko Polskie nie zbuduje masowej odporności na współczesne pole walki. Co gorsza, często powielamy błędne założenie, że wystarczy „skopiować Ukrainę”. Tymczasem nadchodząca wojna nie będzie kalką wojny ukraińskiej. Będzie: ●szybsza, ●bardziej zautomatyzowana, ●pełna zakłóceń, fałszywych celów, zautomatyzowanych rojów i dronów‑pułapek, ●nastawiona na rażenie nie tyle siły żywej, co systemów dowodzenia i logistyki. Bez systemowego przygotowania bez odpornej architektury dowodzenia, rozproszonego użycia dronów, szybkiego przeszkalania operatorów i integracji z WRE nawet najlepszy sprzęt na nic się nie zda.

Tomasz Darmolinski

16,964 views • 7 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Zaraz minie rok od momentu, kiedy Siły Zbrojne RP formalnie uznały systemy bezzałogowe za kluczowy element współczesnych operacji bojowych. To wtedy powstał Inspektorat Wojsk Bezzałogowych nowa struktura, która w założeniu miała skoordynować transformację całych sił zbrojnych i przyspieszyć wdrażanie technologii dronowych. Ten rok wystarczył, by drony zmieniły sposób prowadzenia działań w Ukrainie, ale też obnażył, jak daleko instytucje odpowiedzialne za transformację technologiczną pozostają w tyle za realiami współczesnej wojny. Dodatkowe przyspieszenie nastąpiło po wrześniowym incydencie, kiedy rosyjskie drony wleciały na terytorium Polski i wywołały niemały zamęt zarówno w strukturach bezpieczeństwa, jak i na poziomie politycznym. W efekcie pojawiła się fala regulacji, decyzji i rozporządzeń, w tym słynna Decyzja 123 ministra obrony oraz kolejne dokumenty podpisywane w MON. Problem w tym, że zmiany formalne nie zostały wsparte realnym budowaniem struktur tam, gdzie wcześniej nie było etatów, nadal ich nie ma. Nie powstała jasna architektura odpowiedzialności ani aktualizacja regulaminów walki, które odpowiadałyby dynamice pola bitwy nasyconego dronami, sensorami i walką radioelektroniczną. Luka technologiczna jest widoczna na pierwszy rzut oka. Nie wynika ona z braku potencjału inżynierskiego, lecz z braku kompetencji po stronie dowodzenia i państwowego wsparcia przemysłu. Praktycznie wszystkie dostępne raporty mówią wprost: polski przemysł dronowy kuleje, bo nie dostaje zamówień z sektora publicznego. Nie ma ciągłości produkcji, nie ma programów stabilizujących rozwój, a to, co powstaje, funkcjonuje głównie dzięki prywatnej determinacji i presji rynku. W tym samym czasie politycy chętnie opowiadają o „przełomie”, „skoku modernizacyjnym” i „polskich dronach dla armii”, choć realnie nie stoi za tym ani system zamówień, ani finansowanie, ani wypracowane procesy wdrożeniowe. To prowadzi do sytuacji, w której PR wyprzedza fakty, a państwo zamiast wspierać nieświadomie wprowadza opinię publiczną w błąd. Współczesna wojna dronowa opiera się na danych, emisjach, szybkiej adaptacji i odporności informacyjnej. Tymczasem wiele kluczowych decyzji technologicznych podejmują osoby, które wciąż widzą drona jako sprzęt, a nie jako część wielowymiarowego systemu walki. Cykl zakupowy jest wolny, nie odpowiada cyklowi rozwoju technologii, a część programów ugrzęzła w logice MON i NCBR zamiast w logice zdobywania przewagi. Technologie zmieniają się szybciej, niż instytucje potrafią je wdrażać, a kompetencyjna luka po stronie dowodzenia staje się coraz bardziej widoczna. Doktryna również nie nadąża. Tam, gdzie wojna wymaga decentralizacji i elastyczności, aparaty decyzyjne kurczowo trzymają się rytmu sprzed epoki cyfrowej. W Ukrainie aktualizacje oprogramowania wykonywane są często, w cyklach odpowiadających zmianom taktyki przeciwnika i potrzebom poszczególnych jednostek, ale u nas wciąż potrafią czekać miesiącami na akceptację. Procedury, zamiast wspierać innowacje zespołów liniowych, w wielu przypadkach nadal je krępują. Na poziomie decyzyjnym brakuje kontaktu z realiami wojny dronowej, a odpowiedzialność za kierunek zmian trafiła do osób, które nie posiadają kompetencji technicznych niezbędnych do prowadzenia nowoczesnej transformacji. Organizacja i szkolenie pozostają w tyle za sprzętem i potrzebami. Wymagania współczesnego pola walki rosną, ale struktury szkoleniowe nie zostały odpowiednio rozbudowane. Wciąż powstają programy zbyt ogólne, przygotowywane bez udziału praktyków, a rozwój zdolności BSP traktowany jest przez część decydentów jako obszar taktyczny, a nie strategiczny. Tymczasem pełna zdolność wymaga nie tylko operatorów, lecz również zespołów analitycznych, ekspertów emisji, techników, programistów i dowódców rozumiejących, jak łączyć informacje z wielu źródeł. Zamiast tego kupowane jest tysiące chińskich dronów a wiceminister Obrony Narodowej ogłasza sukces informując ,ze "wykupiliśmy rynek". W biznesie rok to przepaść okres, który decyduje, czy firma przetrwa, czy zniknie. Każda organizacja, która nie potrafi w tym czasie dostosować się do rynku, musi liczyć się z konsekwencjami i wymianą kierownictwa. Tymczasem armia nadal przypomina ociężały organizm, który dopiero budzi się do zmian, ale nie jest w stanie przyjąć ich tempa. Reaguje wolno, adaptuje się fragmentarycznie, produkuje regulacje zamiast zdolności i tworzy decyzje zamiast struktur. W efekcie państwo próbuje radzić sobie z nowymi zagrożeniami narzędziami z minionej epoki. Dwanaście miesięcy to naturalny moment „sprawdzam”. W każdej poważnej organizacji jest to czas pierwszej rzetelnej oceny. W przypadku budowy wojsk bezzałogowych również trzeba spojrzeć fakty w oczy: kierunek wyznaczony przez część osób odpowiedzialnych za wdrażanie zmian okazał się nietrafiony. To nie jest kwestia złych intencji to kwestia braku kompetencji dopasowanych do skali wyzwań. Jeżeli państwo chce uratować to, co konieczne, musi uznać potrzebę wymiany kadr na takie, które rozumieją tempo wojny dronowej i potrafią prowadzić transformację technologiczną na poziomie systemowym. Inaczej stracimy kolejne lata, a przeciwnik ani rzeczywistość nie będą czekać. I trzeba dodać jeszcze jedno: nadchodzące konflikty będą wyglądały inaczej niż to, co obserwujemy dziś w Ukrainie. Obecna wojna stała się laboratorium dla masowych systemów bezzałogowych, ale następna generacja konfliktów połączy autonomię, sensory dalekiego zasięgu, walkę informacyjną, precyzyjną logistykę i pełną integrację cyberprzestrzeni z działaniami w domenie fizycznej. Jeśli nie zbudujemy odporności teraz, nie dogonimy wojny, której kształt dopiero zaczyna się wyłaniać.

Tomasz Darmolinski

13,744 views • 7 months ago

DarmolinskiT's profile picture

Drony przechwytujące: ewolucja tanich systemów do zwalczania celów powietrznych. Czas na korektę naszej doktryny. W ostatnich miesiącach na froncie ukraińskim pojawiło się zjawisko, które wymaga pilnej analizy i odpowiedzi ze strony państw NATO: rozwój i stosowanie dronów FPV jako improwizowanych, a coraz częściej wyspecjalizowanych systemów przechwytujących cele powietrzne. Do niedawna drony FPV były domeną ataków na cele naziemne – wykorzystywane do rażenia pojazdów, umocnień, stanowisk dowodzenia. Dziś są one coraz częściej stosowane do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych przeciwnika, głównie klasy rozpoznawczej i obserwacyjnej, w niskim i bardzo niskim pułapie. Zmieniła się nie tylko taktyka, ale również funkcja technologiczna. Obserwujemy formowanie się nowej klasy platform: dronów przechwytujących (interceptor UAVs) – zdolnych do: lokalizacji i identyfikacji celów powietrznych w czasie rzeczywistym, precyzyjnego naprowadzania (manualnego, wspomaganego lub półautonomicznego) przeprowadzania ataków bezpośrednich, często z funkcją samonaprowadzania w ostatniej fazie lotu, operowania w strefach odległych od operatora dzięki zastosowaniu retransmisji sygnału lub sensorów pośrednich. Ich główną siłą jest asymetria kosztowa. Pojedynczy system przechwytujący może kosztować mniej niż 2000 USD, a być w stanie skutecznie wyeliminować przeciwniczy system rozpoznania o wartości przekraczającej 50–100 tysięcy USD. Z ekonomicznego punktu widzenia to broń tania, powtarzalna, elastyczna i strategicznie opłacalna. Zdolności tych systemów stale rosną – zarówno pod względem zasięgu operacyjnego (przekraczającego 20–30 km od punktu operatora), jak i skuteczności naprowadzania na cele poruszające się z prędkością do kilkudziesięciu metrów na sekundę. Ich zaletą jest także możliwość ukrycia pozycji operatora – dzięki niskiemu profilowi emisji i małemu śladowi fizycznemu. Co wychodzi nam z obserwacji zmiany. 1. Dron przechwytujący staje się realnym odpowiednikiem broni przeciwlotniczej bliskiego zasięgu – zwłaszcza w środowisku, gdzie klasyczne systemy SHORAD nie nadążają za liczbą i mobilnością celów. 2. Potrzebne są dedykowane komponenty przechwytujące w strukturze jednostek BSP – z własnym systemem szkolenia, testowania i opracowywania taktyki (TTP). 3. Integracja z systemami ISR i WRE pozwala na dynamiczne tworzenie "stref zabronionych" dla UAV przeciwnika – bez angażowania kosztownych i ciężkich środków ogniowych. 4. Ćwiczenia i symulacje FPV-anti-air powinny stać się integralną częścią programów szkoleniowych – zarówno na poziomie taktycznym, jak i operacyjnym. 5. Rozwój tych systemów wymaga nie tylko komponentu technicznego, ale także spójnej doktryny użycia, która uwzględni ich ograniczenia, przewagi oraz potencjalne zagrożenia zwrotne (w tym friendly fire, dekonspirację pozycji własnych, zakłócenia własnych kanałów transmisji). Na naszych oczach rodzi się nowa kategoria broni: bezzałogowe systemy przechwytujące jako broń przeciwlotnicza pola walki. Ich rosnąca rola nie wynika z zaawansowania technologicznego – lecz z inteligentnej adaptacji istniejących środków, zmieniających reguły dominacji w powietrzu na niskich wysokościach. Brak reakcji na tę zmianę oznacza nie tylko utratę przewagi taktycznej – ale również rosnące straty w zasobach rozpoznawczych, informacyjnych i operacyjnych. To moment, w którym należy zadać pytanie: czy nasze koncepcje C-UAS i BSP są gotowe na walkę w środowisku pełnej nasyconej przestrzeni powietrznej, gdzie każda trajektoria może stać się śmiertelną pułapką?

Tomasz Darmolinski

12,303 views • 1 year ago

DarmolinskiT's profile picture

OKIEM NA WROGA Nowy etap rosyjskiej dronizacji – „Czeburaszka” jako przykład lokalnej integracji technologicznej Na wydarzeniu „Challenge” w Jekaterynburgu zaprezentowano pierwszy rosyjski jednopokładowy dron szturmowy FPV o nazwie „Czeburaszka”. Urządzenie zwraca uwagę nie tylko symboliczną nazwą, ale i poziomem integracji – pojedyncza płytka PCB zawiera wszystkie kluczowe komponenty systemu FPV, w tym inicjatory (optyczny i kontaktowy) oraz komunikację pracującą poza standardowym pasmem. Takie rozwiązanie znacząco skraca czas montażu i minimalizuje ryzyko błędu ludzkiego. W konstrukcji wykorzystano silniki, śmigła i akumulatory w pełni produkowane w Rosji. Jedynym nie w pełni zlokalizowanym komponentem pozostaje nadajnik wideo, nad którym – jak zapewnia producent – trwają prace. Warto zauważyć, że deklarowany udźwig (3,5 kg) przy 10-calowej ramie stawia urządzenie wysoko wśród taktycznych dronów klasy FPV. Na szczególną uwagę zasługuje próba uniezależnienia się od komponentów importowanych – w tym od dominujących na rynku chińskich produktów. Jeśli zapowiedzi producenta się potwierdzą, „Czeburaszka” może stanowić realny krok w kierunku rosyjskiej autonomii produkcyjnej w sektorze BSP. To, co odróżnia ten projekt od wcześniejszych, to jego charakter wojenny – to nie adaptacja drona rekreacyjnego, ale platforma zaprojektowana od podstaw do warunków pola walki. Wdrożenie takiej konstrukcji do masowej produkcji może istotnie wpłynąć na taktykę działań rosyjskich sił zbrojnych, zwłaszcza w kontekście przeciwdziałania ukraińskim systemom walki elektronicznej.

Tomasz Darmolinski

11,097 views • 1 year ago

No more content to load