Загрузка видео...

Не удалось загрузить видео

На главную

426,641 просмотров • 4 месяцев назад •via X (Twitter)

Комментарии: 0

Нет доступных комментариев

Здесь появятся комментарии из оригинального поста

Похожие видео

Obiecałem sobie, że o Zondzie nie napiszę już ani słowa. Wczorajsze wystąpienia w Sejmie zmusiły mnie jednak do złamania tej obietnicy - po raz ostatni 🙃 Kiedy patrzę, jak premier i politycy rządzącej koalicji przywdziewają nagle togi obrońców podatników i z troską w głosie mówią o majątkach obywateli, trudno mi to nazwać inaczej niż kpiną. Wyjaśnię, dlaczego. Historia Zondy w PKOl zaczyna się na początku 2025 roku, a kończy podpisem złożonym 22 października w Monako. Nie w Warszawie, nie w siedzibie komitetu przy Wybrzeżu Gdyńskim, nie w gabinecie ministra sportu. W Księstwie Monako. Ten dzień pamiętam bardzo dobrze. Rozmawiałem akurat z Tonym Chinem, gadaliśmy o sprawach mało ważnych i zupełnie nieważnych, gdy nagle w TV pojawiła się relacja z jakiejś wynajętej na tę okazję salki "na godziny" na Lazurowym Wybrzeżu. Prezes Piesiewicz, orszak działaczy, sportowcy na galowo, uśmiechy, uściski dłoni. I jedno pytanie, którego nie dało się nie zadać: co oni wszyscy robią w Monako? Po co najważniejsza organizacja polskiego sportu wsiada w samolot, żeby podpisać umowę ze sponsorem? Od kiedy to buda przychodzi do psa? Dla kogoś z zewnątrz zagadka. Dla kogoś, kto od lat śledzi meandry ZondaCrypto - oczywistość. Podpisano w Monako, bo Przemysław Kral od dłuższego czasu omijał Polskę szerokim łukiem. Toczyły się przeciwko niemu i wokół niego postępowania, na których się nie pojawiał: sprawa zaginięcia Sylwestra Suszka, losy jego majątku po tym zaginięciu, sposób prowadzenia samej giełdy. Było tego sporo, a Kral wybrał najprostsze rozwiązanie - zaszył się za granicą. Wyśmiewałem go zresztą z tego powodu tutaj na X, gdy straszył mnie polskimi sądami 😉 Jest na to jeszcze jeden dowód - leży on w archiwach naszych mediów branżowych. Zonda sponsorowała w Polsce wiele klubów i każde uroczyste podpisanie umowy odbywało się według tego samego scenariusza: na miejsce wysyłano pracownika średniego lub niskiego szczebla, ktoś podawał rękę prezesowi klubu, robiono zdjęcie. Kral nie pojawił się na żadnej z tych uroczystości. Ani razu, na terenie całego kraju. Przypadek? Nie sądzę. Chcę, żeby to wybrzmiało: jesteśmy w październiku 2025 roku. Do pierwszych kłopotów z wypłatami zostało jeszcze pięć miesięcy - zaczną się dopiero w okolicach marca 2026. Skoro więc ja, zwykły anon z X, wiedziałem, dlaczego prezes Zondy nie przekracza polskiej granicy, to wiedział o tym również wymiar sprawiedliwości. Musiał wiedzieć, bo sam prowadził sześć czy siedem postępowań, w których Kral był nie tłem, lecz osią sprawy. Pomijam już ponad dwadzieścia pięć wcześniejszych postępowań dotyczących samej giełdy. Sygnałów ostrzegawczych było aż nadto: część zarządu PKOl otwarcie domagała się od prezesa wyjaśnień, telewizja emitowała reportaż o przeszłości szefa Zondy, branża szeptała od dawna. Wszyscy to widzieli. Nie widziało tylko państwo. Oto obraz: Polski Komitet Olimpijski wiąże się umową ze spółką, którą reprezentuje człowiek chowający się przed polskimi organami za granicą. Umowa jest fetowana na cały kraj, siedziba komitetu ma zmienić nazwę na "zondacrypto Centrum Olimpijskie", zapowiada się olimpijski token. A prokuratura? A nadzór finansowy? A resort sportu? Milczą. I to milczenie jest sednem całej tej sprawy. Bo państwo, które dziś stroi się w pióra obrońcy poszkodowanych, w październiku 2025 roku miało wszystko, czego potrzebowało, by zareagować. Miało akta. Miało wiedzę o tym, kim jest prezes i dlaczego podpisuje umowy w Monako. Miało ministerstwo, które nadzoruje sport, i instytucje, które nadzorują rynek. Wystarczyło jedno publiczne ostrzeżenie, jedna kontrola, jeden komunikat: uwaga, wobec tej spółki toczą się postępowania, jej prezes nie stawia się na wezwania. Ilu ludzi wycofałoby wtedy swoje środki? Ilu w ogóle nie zaniosłoby ich na giełdę, której wiarygodność poręczały olimpijskie kółka na koszulkach reprezentacji? Zamiast tego przez pół roku pozwolono, żeby najpoważniejsza marka polskiego sportu pracowała jako gwarant dla firmy, o której państwo wiedziało aż za dużo. Czekano. Aż giełda się zawali, aż klienci zostaną z pustymi kontami, aż afera nabierze rozmiarów, przy których opłaca się wyjść na mównicę. I wczoraj Donald Tusk na tę mównicę wyszedł. Czytał protokoły, mówił o największej aferze w dziejach polskiej polityki, o infiltracji, o zabójstwie w historii Zondy. Nie polemizuję - tak, to wszystko prawda. Tyle że była prawdą także w październiku 2025 roku, gdy premier nie kiwnął palcem. Wtedy prokuratura była już jego prokuraturą, nadzór jego nadzorem, a ministerstwa jego ministerstwami. Nie Kaczyńskiego, nie Ziobry. Jego. Człowiek, który wówczas chował się w Monako, dziś składa zeznania, a premier odczytuje je w Sejmie jak fragmenty programu wyborczego. Nazwijmy rzeczy po imieniu. To nie jest obrona podatników. To ratowanie własnych notowań na gruzach cudzych oszczędności. Donald Tusk mógł w październiku 2025 roku podjąć decyzje, które ocaliłyby depozyty tysięcy klientów Zondy - i ich nie podjął. Z jakiegoś powodu uznał, że lepiej poczekać na rozwój wypadków. A dziś udaje, że dowiedział się o wszystkim wczoraj, z protokołu. Troska o obywateli? No nie. To obłuda, której nie da się już niczym zasłonić. Tyle ode mnie w sprawie Zondy. Ostatni raz.

Petenucci

60,018 просмотров • 2 дней назад