Sensitive content

This media may contain sensitive content.

Loading video...

Video Failed to Load

Go Home

48,711 views • 7 months ago •via X (Twitter)

0 Comments

No comments available

Comments from the original post will appear here

Related Videos

Obiecałem sobie, że o Zondzie nie napiszę już ani słowa. Wczorajsze wystąpienia w Sejmie zmusiły mnie jednak do złamania tej obietnicy - po raz ostatni 🙃 Kiedy patrzę, jak premier i politycy rządzącej koalicji przywdziewają nagle togi obrońców podatników i z troską w głosie mówią o majątkach obywateli, trudno mi to nazwać inaczej niż kpiną. Wyjaśnię, dlaczego. Historia Zondy w PKOl zaczyna się na początku 2025 roku, a kończy podpisem złożonym 22 października w Monako. Nie w Warszawie, nie w siedzibie komitetu przy Wybrzeżu Gdyńskim, nie w gabinecie ministra sportu. W Księstwie Monako. Ten dzień pamiętam bardzo dobrze. Rozmawiałem akurat z Tonym Chinem, gadaliśmy o sprawach mało ważnych i zupełnie nieważnych, gdy nagle w TV pojawiła się relacja z jakiejś wynajętej na tę okazję salki "na godziny" na Lazurowym Wybrzeżu. Prezes Piesiewicz, orszak działaczy, sportowcy na galowo, uśmiechy, uściski dłoni. I jedno pytanie, którego nie dało się nie zadać: co oni wszyscy robią w Monako? Po co najważniejsza organizacja polskiego sportu wsiada w samolot, żeby podpisać umowę ze sponsorem? Od kiedy to buda przychodzi do psa? Dla kogoś z zewnątrz zagadka. Dla kogoś, kto od lat śledzi meandry ZondaCrypto - oczywistość. Podpisano w Monako, bo Przemysław Kral od dłuższego czasu omijał Polskę szerokim łukiem. Toczyły się przeciwko niemu i wokół niego postępowania, na których się nie pojawiał: sprawa zaginięcia Sylwestra Suszka, losy jego majątku po tym zaginięciu, sposób prowadzenia samej giełdy. Było tego sporo, a Kral wybrał najprostsze rozwiązanie - zaszył się za granicą. Wyśmiewałem go zresztą z tego powodu tutaj na X, gdy straszył mnie polskimi sądami 😉 Jest na to jeszcze jeden dowód - leży on w archiwach naszych mediów branżowych. Zonda sponsorowała w Polsce wiele klubów i każde uroczyste podpisanie umowy odbywało się według tego samego scenariusza: na miejsce wysyłano pracownika średniego lub niskiego szczebla, ktoś podawał rękę prezesowi klubu, robiono zdjęcie. Kral nie pojawił się na żadnej z tych uroczystości. Ani razu, na terenie całego kraju. Przypadek? Nie sądzę. Chcę, żeby to wybrzmiało: jesteśmy w październiku 2025 roku. Do pierwszych kłopotów z wypłatami zostało jeszcze pięć miesięcy - zaczną się dopiero w okolicach marca 2026. Skoro więc ja, zwykły anon z X, wiedziałem, dlaczego prezes Zondy nie przekracza polskiej granicy, to wiedział o tym również wymiar sprawiedliwości. Musiał wiedzieć, bo sam prowadził sześć czy siedem postępowań, w których Kral był nie tłem, lecz osią sprawy. Pomijam już ponad dwadzieścia pięć wcześniejszych postępowań dotyczących samej giełdy. Sygnałów ostrzegawczych było aż nadto: część zarządu PKOl otwarcie domagała się od prezesa wyjaśnień, telewizja emitowała reportaż o przeszłości szefa Zondy, branża szeptała od dawna. Wszyscy to widzieli. Nie widziało tylko państwo. Oto obraz: Polski Komitet Olimpijski wiąże się umową ze spółką, którą reprezentuje człowiek chowający się przed polskimi organami za granicą. Umowa jest fetowana na cały kraj, siedziba komitetu ma zmienić nazwę na "zondacrypto Centrum Olimpijskie", zapowiada się olimpijski token. A prokuratura? A nadzór finansowy? A resort sportu? Milczą. I to milczenie jest sednem całej tej sprawy. Bo państwo, które dziś stroi się w pióra obrońcy poszkodowanych, w październiku 2025 roku miało wszystko, czego potrzebowało, by zareagować. Miało akta. Miało wiedzę o tym, kim jest prezes i dlaczego podpisuje umowy w Monako. Miało ministerstwo, które nadzoruje sport, i instytucje, które nadzorują rynek. Wystarczyło jedno publiczne ostrzeżenie, jedna kontrola, jeden komunikat: uwaga, wobec tej spółki toczą się postępowania, jej prezes nie stawia się na wezwania. Ilu ludzi wycofałoby wtedy swoje środki? Ilu w ogóle nie zaniosłoby ich na giełdę, której wiarygodność poręczały olimpijskie kółka na koszulkach reprezentacji? Zamiast tego przez pół roku pozwolono, żeby najpoważniejsza marka polskiego sportu pracowała jako gwarant dla firmy, o której państwo wiedziało aż za dużo. Czekano. Aż giełda się zawali, aż klienci zostaną z pustymi kontami, aż afera nabierze rozmiarów, przy których opłaca się wyjść na mównicę. I wczoraj Donald Tusk na tę mównicę wyszedł. Czytał protokoły, mówił o największej aferze w dziejach polskiej polityki, o infiltracji, o zabójstwie w historii Zondy. Nie polemizuję - tak, to wszystko prawda. Tyle że była prawdą także w październiku 2025 roku, gdy premier nie kiwnął palcem. Wtedy prokuratura była już jego prokuraturą, nadzór jego nadzorem, a ministerstwa jego ministerstwami. Nie Kaczyńskiego, nie Ziobry. Jego. Człowiek, który wówczas chował się w Monako, dziś składa zeznania, a premier odczytuje je w Sejmie jak fragmenty programu wyborczego. Nazwijmy rzeczy po imieniu. To nie jest obrona podatników. To ratowanie własnych notowań na gruzach cudzych oszczędności. Donald Tusk mógł w październiku 2025 roku podjąć decyzje, które ocaliłyby depozyty tysięcy klientów Zondy - i ich nie podjął. Z jakiegoś powodu uznał, że lepiej poczekać na rozwój wypadków. A dziś udaje, że dowiedział się o wszystkim wczoraj, z protokołu. Troska o obywateli? No nie. To obłuda, której nie da się już niczym zasłonić. Tyle ode mnie w sprawie Zondy. Ostatni raz.

Petenucci

59,175 views • 1 day ago

🤡Wszystkie afery Radosława Piesiewicza, czyli dlaczego polski sport jest w dupie! Od kilku dni czytam o karierze Piesiewicza, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego, i nie mogę uwierzyć, w jakim bagnie jest polski sport. Zebrałem to wszystko w jednym miejscu, bo to absolutnie niebywałe: Na stronie PKOl-u znajduje się banał: „ze sportem związany od dziecka, grał w piłkę nożną oraz koszykówkę”. Ludzie, którzy go znali, nigdy nie ukrywali: chyba na WF-ie. Nic nigdy go ze sportem na poważnie nie łączyło. Więcej, sportem nawet się nie interesował. Do 2016 roku w sportowym środowisku był całkowicie nieznany. Nagle pojawił się w zarządzie Polskiego Związku Siatkówki. Już wtedy tłumaczono to jego powiązaniami z Jackiem Sasinem, wpływowym politykiem PIS-u, późniejszym ministrem aktywów państwowych, co było już ewidentne, gdy Piesiewicz stanie na czele Polskiego Związku Koszykówki. I to doskonały przykład, jak cholernie często myśli się w polskim sporcie: „O, gość znikąd, ale ma znajomości, układy, może załatwić strumień pieniędzy od spółek skarbu państwa, więc... zapraszamy!”. Karierę Piesiewicza, przy okazji jednego z artykułów o Sasinie, przedstawiał Newsweek. Absolwent wydziału prawa UW, ukończone też studia studia Master of Business Administration, pierwsze kroki zawodowe stawia w PGR Bródno. Jest otwarty, barwny, wygadany, więc szybko zaczepia się w „dwóch firmach bogatych ludzi”, w międzyczasie bezskutecznie próbuje dostać się do polityki: przegrywa w wyborach do rady dzielnica Targówek, do Sejmu i do Senatu. W międzyczasie przejmuje spółkę Dobra Nasza, która organizuje eventy. I zostaje doradcą burmistrza Wołomina. Tym na chwilowej bocznicy politycznej kariery jest też Jacek Sasin. Łapią wspólny język, angażują się w biznesowe projekty, choćby w Alfa Star, po którego upadku Piesiewicz ma problemy. Newsweek pisze: „W 2015 r. biznesy, w których działa Piesiewicz, zaczynają padać. Do dziś zgony tych firm badają dwie prokuratury. W 2014 r. za Piesiewicza bierze się CBA. Agenci sprawdzają, czy w urzędach pomagał za pieniądze załatwiać deweloperom pozwolenia na budowę. CBA prowadzi tajną operację: podsłuchuje rozmowy Piesiewicza, ściąga monitoring z kamer na stacji Orlenu, na której spotykał się z pracownikiem urzędu wojewódzkiego. Przed prokuratorem defiluje galeria świadków, deweloperów i urzędników. Opowiadają, że Piesiewicz chciał sprawiać wrażenie człowieka, który wszystko może. Za pomoc w załatwieniu sprawy dewelopera oczekiwał od niego pensji. Prokuratura umarza sprawę. Jednak Piesiewicz potwierdził w niej, że Sasin to jego przyjaciel. I że pożyczał mu pieniądze”. CBA badało osiem wątków. Dlaczego sprawa tak błyskawicznie upadła? Nie wiadomo. Dziennikarz Andrzej Stankiewicz opowie później w Onecie: - Wiadomo, że CBA sprawdzało związki Sasina z biznesmenem Radosławem Piesiewiczem, który pożyczał mu pieniądze. Poseł twierdził, że to tylko osiem tysięcy na drewniane schody na poddasze jego domu. Jednocześnie jednak próbował upchnąć Piesiewicza w podwarszawskim samorządzie, gdzie miał się on zajmować nadzorem właścicielskim. W Newsweek jest też kuriozalny dialog z Piesiewiczem na temat wpłat, jakie dzisiejszy prezes PKOL-u w 2014 roku przekierowywał na fundusz wyborczy Prawa i Sprawiedliwości. „- Jak pan idzie do bankomatu, to pan pamięta, ile pan wypłaca? – dziwi się Piesiewicz. - Gdybym wypłacił 10 tysięcy, tobym pamiętał. - No, widzi pan, a ja nie pamiętam”. Piesiewicz to człowiek polityki. Często się tłumaczy. I często różnych rzeczy nie pamięta. Bardzo często. W 2018 roku zostaje prezesem Polskiego Związku Koszykówki. Przez kilka lat rządów staje się głosem polskiego basketu. Nikt nie ukrywa, co stoi za jego nominacją. Pisze o tym wprost świetnie poruszający się w koszykarskich kręgach dziennikarz Jakub Wojczyński z Przeglądu Sportowego: „Do koszykówki sprowadzono go z prostego powodu. Dyscyplina potrzebowała pieniędzy. Ten ruch wydawał się niemal desperacki. Władze oddawano w ręce człowieka kojarzonego jednoznacznie. W kuluarach przedstawiano go jako człowieka z nadania politycznego, który miał dzięki kontaktom załatwić wsparcie sponsorów. Czytaj: Spółek Skarbu Państwa. (...) W koszykówce zaufali mu, bo w sumie nie bardzo mieli wyjście. Liga i związek (w nim przejął stanowisko prezesa kilka miesięcy po lidze) były w kryzysie i potrzebowały funduszy. W trakcie pracy Piesiewicza wsparło je kilka Spółek Skarbu Państwa, a także inne firmy, więc można powiedzieć, że jest w ich sprowadzaniu (niezależnie od sposobów) skuteczny. Sytuacja finansowa PLK i PZKosz jest dużo lepsza niż na początku jego pracy. Część pieniędzy i środków pozamaterialnych trafia dalej do klubów czy kadrowiczów, więc nic dziwnego, że grono zadowolonych jest duże. Wystarczy tylko siedzieć cicho, nie krytykować, a wszystko będzie dobrze”. Problem w tym, że Piesiewicz zaczyna gwiazdorzyć. Robi dziwne rzeczy. Polityka informuje, że pobiera prowizje od umów ze spółkami skarbu państwa. Prezes PZKosz milczy na pytanie, czy firma Radam, jego jednoosobowa działalność gospodarcza, która odnotowała w ostatnim kwartale 2022 roku przychód w wysokości ponad 450 tysięcy złotych, przychód ten uzyskała z ramienia jego rządów w sporcie. Janusz Jasiński z rady nadzorczej związku mówi, że uchwalona została premia dla Piesiewicza. Przegląd Sportowy pisze za to, że gdy Piesiewicz obejmuje stanowisko doradcy finansowego Ligi Mistrzów FIBA, jej sponsorem zostaje Województwo Lubelskie, którego marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, jego kumpel. Grzeje się też w blasku reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w 2019 roku. Po zwycięstwie z Chińczykami wpada do szatni: „Panowie, kocham was, kurwa! To jest kawał dobrej roboty, po prostu. Jesteście najlepsi na świecie! Chuj im w dupę! Brawo, chłopaki, kocham was!”. Brak w tym klasy. Tym bardziej że po MŚ zaczynają się brzydkie przepychanki o premie, publiczny konflikt z kapitanem kadry Adamem Waczyńskim i największym gwiazdorem w historii polskiego basketu Marcinem Gortatem, który z Piesiewicza naśmiewa się po dziś dzień. Do tego za kulisami Polskiej Ligi Koszykówki coraz częściej o Piesiewiczu mówiło się jako o chamskim karierowiczu, szefie o skłonnościach do autorytarnych decyzji, a także o zwykłym dyletancie, który nie ma żadnej wiedzy: ani o realnych problemach klubów, ani po prostu o koszykówce. Piesiewicz myślami był już znacznie dalej: na fotelu prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Maciej Petruczenko, legendarny dziennikarz Przeglądu Sportowego, pisał po wyborach z kwietnia 2023 roku, na których Piesiewicza wyniesiono do rangi prezesa PKOL-u, że pierwszy raz od 53 lat pracy przy komitecie poczuł się jak persona non grata, gdy, podobnie jak inni przedstawiciele mediów, został wyproszony za drzwi. Wspominał złośliwie o Radosławie „PiSiewiczu”, zastanawiał się, czy nowemu prezesowi „zależało na przemilczeniu czegokolwiek, jeśli chodzi o obrady walnego zgromadzenia”. Niedługo później, po przegranych przez PIS wyborach, Piesiewicz chciał zmienić obowiązujące przepisy i wydłużyć własną kadencję z czterech do ośmiu lat. Powszechnie zarzucano mu „betonowanie” stanowiska. Wielce kontrowersyjny pomysł był bliski realizacji, ale szybko upadł, jego kadencja dobiegnie końca w kwietniu 2027 roku. - To był błąd - przyznawał ostatnio w TVN. Polska na dobre poznała go jednak dopiero podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu. Zgubiło go parcie na szkło: można było zobaczyć go na reklamie firmy Polkomtel obok Igi Świątek, Magdaleny Stysiak, Ewy Swobody i Wilfredo Leona. Zbigniew Boniek przytomnie pisał: „Dobre, a pan Prezes to w jakiej konkurencji?”. Przez kilka tygodni Piesiewicz skandaliki i aferki wywoływał non stop, te trzymały się go jak rzep. Niesmak budziło zdjęcie, na którym obejmuje 17-letnią Anastazję Kuś. Przycinane, edytowane, ale przede wszystkim: niezręczne i nie na miejscu. Mówił wprost w rozmowie z TVP, że Hubert Hurkacz powinien pojechać na igrzyska tylko po to, by skreczować na początku meczu i umożliwić polskiemu duetowi grę w mikście. W środowisku tenisowym przyjęto to z zażenowaniem. W rozmowie z WP SportoweFakty przypisywał sobie medal i w (jego) dużym skrócie myślowym medal Aleksandry Jareckiej, na co wywiązała się publiczna wojna z Polskim Związkiem Szermierczym, którego prezes w oficjalnym oświadczeniu oskarżył Piesiewicza o „wygłaszanie niezgodnych z faktami twierdzeń”. Radio Zet ujawniło, że Piesiewicz, wraz z rodziną, od kwietnia 2023 roku miał aż trzydzieści razy skorzystać z odprawy VIP na lotnisku Chopina w Warszawie. Zamawiającym miał być PKOl, który rozliczał usługę w ramach barterowej umowy z Polskimi Portami Lotniczymi. Usługa VIP kosztuje 1600 złotych za pierwszą osobę i 1000 złotych za każdą kolejną. Tymczasem olimpijczycy, wracający z Francji do Polski, na taki przywilej liczyć nie mogli. Onet ustalił za to, że żona Radosława Piesiewicza w 2022 roku została doradcą zarządu banku Pekao SA i przez pół roku zarobiła 1,15 mln złotych. Rodzaj roboty? Nieokreślony. Dowody na efekty pracy? Żadnych. Powód zatrudnienia? Cóż, kolesiostwo: Sasin jako minister aktywów spółki skarbu państwa. Piesiewicz jest teraz w stanie wojny z całym światem. Przerzuca się odpowiedzialnością za słabe igrzyska z rządem - ministrem Nitrasem i premierem Tuskiem. Na antenie TVN mówił, żeby nie urządzać nagonki, bo skończyć się to może, jak w przypadku śp. Pawła Adamowicza. Twierdzi, że ma wsparcie od olimpijczyków. Dziennikarze, którzy zajmowali się igrzyskami olimpijskimi, twierdzą, że coraz częściej na szefa PKOL-u narzekają jednak... właśnie sami olimpijczycy. Że to człowiek z przypadku. I człowiek, który ze sportem nie ma nic wspólnego. Mówi się, że jego działania w sportowych związkach i komitetach to przedbieg do występu w... kampanii prezydenckiej. *** To absurd, że po igrzyskach olimpijskim najwięcej mówi się o kimś takim jak Piesiewicz. Bardzo ciekawie opowiadał mi o tym jakiś czas temu Michał Listkiewicz, były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, gdy pytałem go o afery w PZPN-ie i niefrasobliwość medialną Cezarego Kuleszy. „Ilekroć tylko głos zabiera za to prezes Kulesza, musi tłumaczyć się z tematów orbitujących wokół alkoholu, co jest nieco kuriozalne. Ostatnio nie musi, bo medialnie się wycofał. Właściwie to nawet nie powinno nikogo dziwić, bo wcale nie jest nigdzie powiedziane, że prezes PZPN musi być głosem polskiej piłki. W najsilniejszych federacjach Europy przeważnie rządzą ludzie szerzej nieznani. I też jestem temu winien, że ciągnęło mnie przed dyktafony, mikrofony i kamery, podobnie zresztą jak wcześniej Mariana Dziurowicza, a później Latę i Bońka. Naprawdę, nie od tego powinien być prezes związku. To funkcja urzędnicza. Na pierwszym planie powinna być reprezentacja. Tymczasem przez nasze pokolenie gawędziarzy czy w niektórych przypadkach światowców u sterów PZPN, często prezesi robią tzw. lepsze wyświetlenia niż niektórzy selekcjonerzy czy piłkarze. Probierz tu też przytomnie przejął ciężar komunikacyjny od Kuleszy. A ekscesy czy też „ekscesy” wokół alkoholu? Zawsze były, są i będą, w każdym środowisku. Mieliśmy i będziemy mieli podobne sytuacje z udziałem polityków, naukowców, artystów, celebrytów, po przedstawicieli wszystkich grup zawodowych. Medialna popularność bankiecików PZPN pokazuje zaś tylko siłę futbolu. Wiele identycznych zdarzeń ze związków łucznictwa czy saneczkarska – z całym szacunkiem, to tylko konstrukcja retoryczna – nigdy nie wejdzie na jaw, bo nikogo ich funkcjonowanie specjalnie nie interesuje, chyba że ktoś by tam kogoś uderzył albo molestował”. Piesiewicz marzył o medialności. Medialny został. I na tym przegrywa. Na patologicznym mariażu polski z polityką przegrywa też Polska. W 2022 roku wydatki kraju na sponsoring sportowy wzrosły do rekordowej kwoty 1,22 mld złotych. Olbrzymia suma? A jak. Za dużo? Pewnie tak. Ale cóż z tego, skoro w 2023 roku z budżetu państwa na ten sam cel przeznaczono środki prawie trzykrotnie większe – 3,5 mld zł. Skąd ta hojność? Ano z powodu kampanii wyborczej. Tak, to najwyższa pora, żeby odpolitycznić polski. Nic dobrego z tego nie wyniknęło. Ba, powstało mnóstwo szkód. Politycy, którzy próbują uprawiać sportwashing, szkodzą interesowi państwa. Ludzie futbolu, którzy przymilają się do władzy dla własnych korzyści, też prędzej czy później dostają po głowach. Wszyscy na tym tracą. A już przede wszystkim zwykli ludzie, których pieniądze trafiają w miejsca, do których trafić nigdy nie powinny, a jeśli nawet nie trafiają, to tylko dlatego, że jedni kłócą się z drugimi, drudzy z trzecimi, a trzeci z pierwszymi, koło się zamyka.

Jan Mazurek

452,334 views • 2 years ago