Jan Mazurek's banner
Jan Mazurek's profile picture

Jan Mazurek

@jan_mazi16,917 subscribers

Dziennikarz ⌨📰

Shorts

Ze strachem przyjmuję, że Dominik Tarczyński wyrasta na ambasadora Polski w social mediach. Mówi: Katar nie przyjmuje migrantów... 85% ludności to migranci. 94% siły roboczej to migranci. Azja, Afryka, Bliski Wschód. Zwykły kłamca. Populizm króluje. I jeszcze mu klaszczą...

Ze strachem przyjmuję, że Dominik Tarczyński wyrasta na ambasadora Polski w social mediach. Mówi: Katar nie przyjmuje migrantów... 85% ludności to migranci. 94% siły roboczej to migranci. Azja, Afryka, Bliski Wschód. Zwykły kłamca. Populizm króluje. I jeszcze mu klaszczą...

407,982 views

Videos

jan_mazi's profile picture

🤡Wszystkie afery Radosława Piesiewicza, czyli dlaczego polski sport jest w dupie! Od kilku dni czytam o karierze Piesiewicza, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego, i nie mogę uwierzyć, w jakim bagnie jest polski sport. Zebrałem to wszystko w jednym miejscu, bo to absolutnie niebywałe: Na stronie PKOl-u znajduje się banał: „ze sportem związany od dziecka, grał w piłkę nożną oraz koszykówkę”. Ludzie, którzy go znali, nigdy nie ukrywali: chyba na WF-ie. Nic nigdy go ze sportem na poważnie nie łączyło. Więcej, sportem nawet się nie interesował. Do 2016 roku w sportowym środowisku był całkowicie nieznany. Nagle pojawił się w zarządzie Polskiego Związku Siatkówki. Już wtedy tłumaczono to jego powiązaniami z Jackiem Sasinem, wpływowym politykiem PIS-u, późniejszym ministrem aktywów państwowych, co było już ewidentne, gdy Piesiewicz stanie na czele Polskiego Związku Koszykówki. I to doskonały przykład, jak cholernie często myśli się w polskim sporcie: „O, gość znikąd, ale ma znajomości, układy, może załatwić strumień pieniędzy od spółek skarbu państwa, więc... zapraszamy!”. Karierę Piesiewicza, przy okazji jednego z artykułów o Sasinie, przedstawiał Newsweek. Absolwent wydziału prawa UW, ukończone też studia studia Master of Business Administration, pierwsze kroki zawodowe stawia w PGR Bródno. Jest otwarty, barwny, wygadany, więc szybko zaczepia się w „dwóch firmach bogatych ludzi”, w międzyczasie bezskutecznie próbuje dostać się do polityki: przegrywa w wyborach do rady dzielnica Targówek, do Sejmu i do Senatu. W międzyczasie przejmuje spółkę Dobra Nasza, która organizuje eventy. I zostaje doradcą burmistrza Wołomina. Tym na chwilowej bocznicy politycznej kariery jest też Jacek Sasin. Łapią wspólny język, angażują się w biznesowe projekty, choćby w Alfa Star, po którego upadku Piesiewicz ma problemy. Newsweek pisze: „W 2015 r. biznesy, w których działa Piesiewicz, zaczynają padać. Do dziś zgony tych firm badają dwie prokuratury. W 2014 r. za Piesiewicza bierze się CBA. Agenci sprawdzają, czy w urzędach pomagał za pieniądze załatwiać deweloperom pozwolenia na budowę. CBA prowadzi tajną operację: podsłuchuje rozmowy Piesiewicza, ściąga monitoring z kamer na stacji Orlenu, na której spotykał się z pracownikiem urzędu wojewódzkiego. Przed prokuratorem defiluje galeria świadków, deweloperów i urzędników. Opowiadają, że Piesiewicz chciał sprawiać wrażenie człowieka, który wszystko może. Za pomoc w załatwieniu sprawy dewelopera oczekiwał od niego pensji. Prokuratura umarza sprawę. Jednak Piesiewicz potwierdził w niej, że Sasin to jego przyjaciel. I że pożyczał mu pieniądze”. CBA badało osiem wątków. Dlaczego sprawa tak błyskawicznie upadła? Nie wiadomo. Dziennikarz Andrzej Stankiewicz opowie później w Onecie: - Wiadomo, że CBA sprawdzało związki Sasina z biznesmenem Radosławem Piesiewiczem, który pożyczał mu pieniądze. Poseł twierdził, że to tylko osiem tysięcy na drewniane schody na poddasze jego domu. Jednocześnie jednak próbował upchnąć Piesiewicza w podwarszawskim samorządzie, gdzie miał się on zajmować nadzorem właścicielskim. W Newsweek jest też kuriozalny dialog z Piesiewiczem na temat wpłat, jakie dzisiejszy prezes PKOL-u w 2014 roku przekierowywał na fundusz wyborczy Prawa i Sprawiedliwości. „- Jak pan idzie do bankomatu, to pan pamięta, ile pan wypłaca? – dziwi się Piesiewicz. - Gdybym wypłacił 10 tysięcy, tobym pamiętał. - No, widzi pan, a ja nie pamiętam”. Piesiewicz to człowiek polityki. Często się tłumaczy. I często różnych rzeczy nie pamięta. Bardzo często. W 2018 roku zostaje prezesem Polskiego Związku Koszykówki. Przez kilka lat rządów staje się głosem polskiego basketu. Nikt nie ukrywa, co stoi za jego nominacją. Pisze o tym wprost świetnie poruszający się w koszykarskich kręgach dziennikarz Jakub Wojczyński z Przeglądu Sportowego: „Do koszykówki sprowadzono go z prostego powodu. Dyscyplina potrzebowała pieniędzy. Ten ruch wydawał się niemal desperacki. Władze oddawano w ręce człowieka kojarzonego jednoznacznie. W kuluarach przedstawiano go jako człowieka z nadania politycznego, który miał dzięki kontaktom załatwić wsparcie sponsorów. Czytaj: Spółek Skarbu Państwa. (...) W koszykówce zaufali mu, bo w sumie nie bardzo mieli wyjście. Liga i związek (w nim przejął stanowisko prezesa kilka miesięcy po lidze) były w kryzysie i potrzebowały funduszy. W trakcie pracy Piesiewicza wsparło je kilka Spółek Skarbu Państwa, a także inne firmy, więc można powiedzieć, że jest w ich sprowadzaniu (niezależnie od sposobów) skuteczny. Sytuacja finansowa PLK i PZKosz jest dużo lepsza niż na początku jego pracy. Część pieniędzy i środków pozamaterialnych trafia dalej do klubów czy kadrowiczów, więc nic dziwnego, że grono zadowolonych jest duże. Wystarczy tylko siedzieć cicho, nie krytykować, a wszystko będzie dobrze”. Problem w tym, że Piesiewicz zaczyna gwiazdorzyć. Robi dziwne rzeczy. Polityka informuje, że pobiera prowizje od umów ze spółkami skarbu państwa. Prezes PZKosz milczy na pytanie, czy firma Radam, jego jednoosobowa działalność gospodarcza, która odnotowała w ostatnim kwartale 2022 roku przychód w wysokości ponad 450 tysięcy złotych, przychód ten uzyskała z ramienia jego rządów w sporcie. Janusz Jasiński z rady nadzorczej związku mówi, że uchwalona została premia dla Piesiewicza. Przegląd Sportowy pisze za to, że gdy Piesiewicz obejmuje stanowisko doradcy finansowego Ligi Mistrzów FIBA, jej sponsorem zostaje Województwo Lubelskie, którego marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, jego kumpel. Grzeje się też w blasku reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w 2019 roku. Po zwycięstwie z Chińczykami wpada do szatni: „Panowie, kocham was, kurwa! To jest kawał dobrej roboty, po prostu. Jesteście najlepsi na świecie! Chuj im w dupę! Brawo, chłopaki, kocham was!”. Brak w tym klasy. Tym bardziej że po MŚ zaczynają się brzydkie przepychanki o premie, publiczny konflikt z kapitanem kadry Adamem Waczyńskim i największym gwiazdorem w historii polskiego basketu Marcinem Gortatem, który z Piesiewicza naśmiewa się po dziś dzień. Do tego za kulisami Polskiej Ligi Koszykówki coraz częściej o Piesiewiczu mówiło się jako o chamskim karierowiczu, szefie o skłonnościach do autorytarnych decyzji, a także o zwykłym dyletancie, który nie ma żadnej wiedzy: ani o realnych problemach klubów, ani po prostu o koszykówce. Piesiewicz myślami był już znacznie dalej: na fotelu prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Maciej Petruczenko, legendarny dziennikarz Przeglądu Sportowego, pisał po wyborach z kwietnia 2023 roku, na których Piesiewicza wyniesiono do rangi prezesa PKOL-u, że pierwszy raz od 53 lat pracy przy komitecie poczuł się jak persona non grata, gdy, podobnie jak inni przedstawiciele mediów, został wyproszony za drzwi. Wspominał złośliwie o Radosławie „PiSiewiczu”, zastanawiał się, czy nowemu prezesowi „zależało na przemilczeniu czegokolwiek, jeśli chodzi o obrady walnego zgromadzenia”. Niedługo później, po przegranych przez PIS wyborach, Piesiewicz chciał zmienić obowiązujące przepisy i wydłużyć własną kadencję z czterech do ośmiu lat. Powszechnie zarzucano mu „betonowanie” stanowiska. Wielce kontrowersyjny pomysł był bliski realizacji, ale szybko upadł, jego kadencja dobiegnie końca w kwietniu 2027 roku. - To był błąd - przyznawał ostatnio w TVN. Polska na dobre poznała go jednak dopiero podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu. Zgubiło go parcie na szkło: można było zobaczyć go na reklamie firmy Polkomtel obok Igi Świątek, Magdaleny Stysiak, Ewy Swobody i Wilfredo Leona. Zbigniew Boniek przytomnie pisał: „Dobre, a pan Prezes to w jakiej konkurencji?”. Przez kilka tygodni Piesiewicz skandaliki i aferki wywoływał non stop, te trzymały się go jak rzep. Niesmak budziło zdjęcie, na którym obejmuje 17-letnią Anastazję Kuś. Przycinane, edytowane, ale przede wszystkim: niezręczne i nie na miejscu. Mówił wprost w rozmowie z TVP, że Hubert Hurkacz powinien pojechać na igrzyska tylko po to, by skreczować na początku meczu i umożliwić polskiemu duetowi grę w mikście. W środowisku tenisowym przyjęto to z zażenowaniem. W rozmowie z WP SportoweFakty przypisywał sobie medal i w (jego) dużym skrócie myślowym medal Aleksandry Jareckiej, na co wywiązała się publiczna wojna z Polskim Związkiem Szermierczym, którego prezes w oficjalnym oświadczeniu oskarżył Piesiewicza o „wygłaszanie niezgodnych z faktami twierdzeń”. Radio Zet ujawniło, że Piesiewicz, wraz z rodziną, od kwietnia 2023 roku miał aż trzydzieści razy skorzystać z odprawy VIP na lotnisku Chopina w Warszawie. Zamawiającym miał być PKOl, który rozliczał usługę w ramach barterowej umowy z Polskimi Portami Lotniczymi. Usługa VIP kosztuje 1600 złotych za pierwszą osobę i 1000 złotych za każdą kolejną. Tymczasem olimpijczycy, wracający z Francji do Polski, na taki przywilej liczyć nie mogli. Onet ustalił za to, że żona Radosława Piesiewicza w 2022 roku została doradcą zarządu banku Pekao SA i przez pół roku zarobiła 1,15 mln złotych. Rodzaj roboty? Nieokreślony. Dowody na efekty pracy? Żadnych. Powód zatrudnienia? Cóż, kolesiostwo: Sasin jako minister aktywów spółki skarbu państwa. Piesiewicz jest teraz w stanie wojny z całym światem. Przerzuca się odpowiedzialnością za słabe igrzyska z rządem - ministrem Nitrasem i premierem Tuskiem. Na antenie TVN mówił, żeby nie urządzać nagonki, bo skończyć się to może, jak w przypadku śp. Pawła Adamowicza. Twierdzi, że ma wsparcie od olimpijczyków. Dziennikarze, którzy zajmowali się igrzyskami olimpijskimi, twierdzą, że coraz częściej na szefa PKOL-u narzekają jednak... właśnie sami olimpijczycy. Że to człowiek z przypadku. I człowiek, który ze sportem nie ma nic wspólnego. Mówi się, że jego działania w sportowych związkach i komitetach to przedbieg do występu w... kampanii prezydenckiej. *** To absurd, że po igrzyskach olimpijskim najwięcej mówi się o kimś takim jak Piesiewicz. Bardzo ciekawie opowiadał mi o tym jakiś czas temu Michał Listkiewicz, były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, gdy pytałem go o afery w PZPN-ie i niefrasobliwość medialną Cezarego Kuleszy. „Ilekroć tylko głos zabiera za to prezes Kulesza, musi tłumaczyć się z tematów orbitujących wokół alkoholu, co jest nieco kuriozalne. Ostatnio nie musi, bo medialnie się wycofał. Właściwie to nawet nie powinno nikogo dziwić, bo wcale nie jest nigdzie powiedziane, że prezes PZPN musi być głosem polskiej piłki. W najsilniejszych federacjach Europy przeważnie rządzą ludzie szerzej nieznani. I też jestem temu winien, że ciągnęło mnie przed dyktafony, mikrofony i kamery, podobnie zresztą jak wcześniej Mariana Dziurowicza, a później Latę i Bońka. Naprawdę, nie od tego powinien być prezes związku. To funkcja urzędnicza. Na pierwszym planie powinna być reprezentacja. Tymczasem przez nasze pokolenie gawędziarzy czy w niektórych przypadkach światowców u sterów PZPN, często prezesi robią tzw. lepsze wyświetlenia niż niektórzy selekcjonerzy czy piłkarze. Probierz tu też przytomnie przejął ciężar komunikacyjny od Kuleszy. A ekscesy czy też „ekscesy” wokół alkoholu? Zawsze były, są i będą, w każdym środowisku. Mieliśmy i będziemy mieli podobne sytuacje z udziałem polityków, naukowców, artystów, celebrytów, po przedstawicieli wszystkich grup zawodowych. Medialna popularność bankiecików PZPN pokazuje zaś tylko siłę futbolu. Wiele identycznych zdarzeń ze związków łucznictwa czy saneczkarska – z całym szacunkiem, to tylko konstrukcja retoryczna – nigdy nie wejdzie na jaw, bo nikogo ich funkcjonowanie specjalnie nie interesuje, chyba że ktoś by tam kogoś uderzył albo molestował”. Piesiewicz marzył o medialności. Medialny został. I na tym przegrywa. Na patologicznym mariażu polski z polityką przegrywa też Polska. W 2022 roku wydatki kraju na sponsoring sportowy wzrosły do rekordowej kwoty 1,22 mld złotych. Olbrzymia suma? A jak. Za dużo? Pewnie tak. Ale cóż z tego, skoro w 2023 roku z budżetu państwa na ten sam cel przeznaczono środki prawie trzykrotnie większe – 3,5 mld zł. Skąd ta hojność? Ano z powodu kampanii wyborczej. Tak, to najwyższa pora, żeby odpolitycznić polski. Nic dobrego z tego nie wyniknęło. Ba, powstało mnóstwo szkód. Politycy, którzy próbują uprawiać sportwashing, szkodzą interesowi państwa. Ludzie futbolu, którzy przymilają się do władzy dla własnych korzyści, też prędzej czy później dostają po głowach. Wszyscy na tym tracą. A już przede wszystkim zwykli ludzie, których pieniądze trafiają w miejsca, do których trafić nigdy nie powinny, a jeśli nawet nie trafiają, to tylko dlatego, że jedni kłócą się z drugimi, drudzy z trzecimi, a trzeci z pierwszymi, koło się zamyka.

Jan Mazurek

446,159 views • 1 year ago

jan_mazi's profile picture

Lewandowski na boisku wielki, więc łapie luz przed kamerami, co wreszcie zbliża go do kibica. Klubu „100” w LM gratuluje mu idol Thierry Henry. Żartuje o tańczeniu z Jamiem Carragherem. Micah Richards krzyczy po naszemu: „Polska legenda!”. Fajne jak wywiad u Ferdinanda. *** Rozmowa z Ferdinandem wyszła w 21 listopada. Lewandowski jest tam wyluzowany i pewny siebie, nie ma w nim grama pozerstwa ani narcyzmu. Przywołuje starą rozmowę z posługującym się parszywym dla słuchaczy, szkockim akcentem sir Aleksem Fergusonem, którego doskonale imituje. Ferdinand, który przecież Fergusona zna, śmieje się wniebogłosy, wraz z nim chyba wszyscy widzowie, nagranie staje się viralem w internecie. Nie należy przeceniać wartości tej anegdoty, jak i zresztą wszystkich innych opowiedzianych przez Lewandowskiego historii, ale dla rozkochania w sobie współczesnego konsumenta piłki nożnej takie 51 minut rozmowy może być nawet ważniejsze niż najlepsze 90 minut na boisku. Tak samo ten program w CBS Sports, w którym Micah Richards, były piłkarz Manchesteru City, czujący się w TV jak ryba w wodzie, krzyczał do Lewandowskiego po naszemu: „Polska legenda!”. Polak strzelił właśnie dwa gole z Brestem w Lidze Mistrzów. Wszyscy trąbili, że dołączył do Ronaldo i Messiego w klubie 100 goli w Champions League, ale takie czasy: wydarzenia czysto sportowo najlepiej sprzedają się w szatach rozrywki, niekoniecznie taniej. Mniejszą popularnością cieszą się więc urywki z również siedzącym w studio Thierrym Henrym, dawnym idolem 36-letniego snajpera Barcy, gratulującym mu wspaniałego strzeleckiego wyczynu, a większym właśnie polskie żarty Richardsa (jak Shaquille O'Neal gadający live o pierogach z Marcinem Gortatem) czy Jamie Carragher pytający chwilę wcześniej Lewandowskiego o styl muzyki, do której ma zatańczyć. - Przypasuje wam reggae - odpowie napastnik Barcy, a w CBS się pośmieją, bo co tu tylko nudziarstwa o sporcie gadać, prawda? Marc Vidiella, dyrektor PuntoDeportivo, kanału na Twitchu, gdzie będąc na stadionie, komentował cały mecz z Brestem, w rozmowie z Interią: - To wbrew trendom, ale nienawidzę, jak Barcelona kupuje piłkarzy. Jak płaci tu 135 milionów euro, tam 120 milionów, gdzieś indziej ponad 80 czy 70. La Masia to kuźnia piłkarzy z duszą oddaną Blaugranie. Myślę, że takich ja jak jest tu więcej, szczególnie w Katalonii. Lewandowski jest jednak niebywale pracowity, pokorny, to wielki napastnik. Na jego transfer do Barcelony czekało się z podekscytowaniem, a kolejnymi golami i wspaniałymi występami tylko potwierdza, że był wart każdej ceny. KORESPONDENCJA Z BARCELONY:

Jan Mazurek

259,621 views • 1 year ago

jan_mazi's profile picture

Jestem fanem Bartłomieja Pawłowskiego. I jako piłkarza, i jako piłkarskiego prelegenta. Siedzi na konferencji „Moneyball 3: Innowacje w sporcie i biznesie” i pięknie poddymia w stronę Rakowa🔥 - Cieszę się, że mamy przedstawiciela Rakowa. Raków jest mistrzem w zabijaniu i psuciu meczów. Efekty tego obserwowaliśmy podczas spotkania Rakowa w Białymstoku. I tego, co działo się przy rzucie karnym dla Jagiellonii, taki teatrzyk odegrany. Gustav Berggren podchodzi, rozkopuje wapno na punkcie jedenastego metra. Ktoś z ławki Rakowa specjalnie wybiega, żeby tylko dostać żółtą kartkę i pokrzyczeć sobie na sędziego. Ktoś kogoś wyzywa, ktoś kogoś szczypie, a zawodnik, który dostał dwie żółte kartki, zrobił 50, jak nie z 80 metrów, żeby ten karny w ogóle się nie odbył. Może liczył, że sędzia nie wytrzyma i to spotkanie skończy... Swoją drogą, Wojciech Cygan, wspomniany przedstawiciel Rakowa, też ładnie, w swoim stylu odpowiedział: - Za półtora tygodniu przyjedziemy do Łodzi i zabijemy futbol na stadionie Widzewa. Ale właśnie takie dyskusje o piłce nożnej są fantastyczne. Nie trzeba być chamskim, żeby uniknąć nudziarskich kurtuazji. Jest szpileczka, jest krytyka, jest konkret, ale na poziomie. Pamiętam, jak w sierpniu z Weszłopolscy Tournée przyjechaliśmy na Widzew i siedliśmy między innymi właśnie z Pawłowskim. Wygłosił wtedy kilkuminutową tyradę o niegospodarności w polskiej piłce: o miejskich klubach, które toną w długach - bił w Śląsk Wrocław, o klubach wspieranych przez spółki skarbu państwa, które grają de facto na finansowym dopingu względem reszty ligi - bił w Zagłębie Lubin, o klubach, które nie płacą pracownikom i nie powinny tak łatwo dostawać licencji - bił w Lechię Gdańsk. Pomyślałem: „Wow”. Byłem przekonany, że mu się od kibiców Śląska czy Lechii dostanie. Że w Polsce jego otwartość może być źle przyjęta. Ale Pawłowskiemu chyba było to obojętne, wyrażał swoje zdanie i logicznie je argumentował. Nie sztuką byłoby rzucić kontrowersyjną głupotę i patrzeć jak środowisko płonie. Sztuką jest, będąc piłkarzem, powiedzieć, coś, co jest zarazem kontrowersyjne i nośne, jak i po prostu mądre i ciekawe. A i przy tego typu dyskusjach gdzieś znika dyskusja, czy o piłce nożnej powinno rozmawiać się za pomocą „xG” i „półprzestrzeni”, czy może jednak „ale spierdolił” i „kurwa, daj na wolną przestrzeń”. Złoty środek. Więcej takich Pawłowskich. Źródło: Moneyball 3: Innowacje w sporcie i biznesie

Jan Mazurek

160,993 views • 1 year ago

jan_mazi's profile picture

🇳🇱⚽️Ciekawy przypadek Oskara Zawady Zawada w grudniu 2024 strzelił pięć goli - cztery w Eredivisie, jedną w Pucharze Holandii. OptaJohan podaje, że żaden (!) piłkarz w Holandii nie zdobył więcej bramek. W RKC Waalwijk jest kapitanem. Zapomniany w Polsce, a życie ma ciekawe. Do Wolfsburga wyjechał jako szesnastolatek. W młodzieżowych drużynach Wilków grał z Julianem Brandtem. Trenował z Kevinem de Bruyne. W A-Junioren Bundesliga Nord/Nordost U-19 potrafił strzelić 19 goli w 21 meczach i 16 goli w 15 meczach. Wypożyczyli go do Twente. Jako młody chłopak zadebiutował w Eredvisie. Skończyło się bez gola, na 11 meczach, czasami wychodził nawet w pierwszym składzie. Przygarnęło go Karlsruher SC, w 2. Bundeslidze trafił dwa razy i... wylądował w Polsce. O dalszych losach kariery opowiadał mi w wywiadzie z 2023 roku. - Gdybyś uważnie prześledził moją karierę, zobaczyłbyś, że często zmieniałem kluby, w których jeszcze częściej zmieniali się szkoleniowcy. W Wiśle Płock pracowałem z czterema trenerami w ciągu roku. W Karlsruher – z trzema w ciągu pół roku. Brakowało stabilizacji i złapania doświadczenia na boisku poprzez mecze. Odczuwałem to. - Pewnie to dosyć łatwe wytłumaczenie. - Nie potrzebuję się nikomu tłumaczyć ani szukać wymówek. Nie należę do tego typu osób. Zawsze zaczynam od patrzenia na siebie. W Karlsruher zaczynałem grać. Trener zaczął na mnie stawiać. Ale po czterech meczach już go nie było. Przyszedł inny szkoleniowiec i wolał bardziej doświadczonych zawodników. Straciłem miejsce w składzie. Poszedłem do Płocka. Jeden mecz zagrałem, w drugim siedziałem na ławce. Znów rotacja na ławce trenerskiej. Leszek Ojrzyński dał mi szansę, zacząłem strzelać bramki, rosnąć jako zawodnik. Niestety: zaraz odszedł. Radosław Sobolewski kompletnie nie dawał mi szans. Przeskoczyłem do Arki. Powtórka z rozrywki. Aleksandar Rogić. Krzysztof Sobieraj. Ireneusz Mamrot. W Rakowie była stabilizacja i świetne miejsce, żeby prowadzić karierę po dobrym torze. Śmieję się, że to nie jest polski klub! - Wytłumacz. - O Rakowie mogę mówić w samych superlatywach. Fantastyczny trener. Fantastyczni zawodnicy. Fantastyczna mentalność chłopaków w drużynie. Raków ma przede wszystkim swoje DNA, którego w większości polskim klubom brakuje. Tam jest nałożona filozofia klubu, która jest konsekwentnie realizowana. Wiedzą, po co i dlaczego ściągają danego zawodnika, choć innym może wydawać się to dziwne i niezrozumiałe. - Odszedłeś do Korei Południowej. Jeju United złożyło bardzo atrakcyjną ofertę finansową, więc musiałem z niej skorzystać, żeby pomóc mojej rodzinie. Nie każdy zawodnik z Ekstraklasy dostaje możliwości transferu do Korei Południowej czy Japonii. Nie chciałem kiedyś pluć sobie w brodę, że nie zaryzykowałem. - Ale się sparzyłeś. Uważam, że Korea Południowa była najgorszym miejscem, w jakim kiedykolwiek grałem. Koreańczycy potrafili ściągnąć napastnika z Bundesligi. Dać mu duży kontrakt. Taki na dwa czy trzy lata. A po dwóch czy trzech tygodniach uznać go za słabego zawodnika i powiedzieć mu, że jednak nie jest taki dobry, jak oni wcześniej myśleli i najlepiej byłoby, gdyby odszedł, choć nie zdążył nawet jeszcze zadebiutować w oficjalnym meczu. Nie ma tam czasu na aklimatyzację. Jest bardzo mało logiki w podejmowanych decyzjach, za to dużo działania w emocjach. Pewnym kuriozum były też zamieszania wokół kontuzji. Trwała pandemia. Dwa tygodnie siedziałem na kwarantannie. Niemal bezczynnie. Poza jazdą na rowerku stacjonarnym i skakaniem na skakance, podczas gdy trener stał za oknem i obserwował mój „trening”. Bez żadnych treningów biegowych i aktywności typowo piłkarskiej. Wyszedłem z kwarantanny i od razu wrzucili mnie w mecze. Boiska są tam niepodlewane i twarde. Na logikę łatwo dodać dwa do dwóch. Taka nawierzchnia źle wpływa na kolana. Tym bardziej, jeśli trening jest zły, a pojawia się nagłe obciążenie. Coś się może zdarzyć. I się zdarzyło. Przytrafił mi się uraz zwany kolanem skoczka. Bez bólu nie mogłem nawet wejść i zejść po schodach, a co dopiero grać. Wyleciałem z gry na dłuższy czas. A oni postawili na mnie krzyżyk. Potrafili mówić, że udaję kontuzję. Albo, że tak naprawdę nic mi nie jest. Brudne zagrywki. To było tam na porządku dziennym. Przeważnie wobec obcokrajowców, ale koreańscy piłkarze też się z tym stykali. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Denerwowałem się, ale mnie to wzmocniło. - Sugerowałeś swojego czasu, że Korea Południowa to królestwo sztuczności. Z tego wszystkiego najlepszy był chyba przymus klaskania. Kiedy leczyłem kontuzję, wraz z zawodnikami, którzy nie jechali na dany mecz, musieliśmy stawiać się pod klubem, żeby brawami żegnać wyjeżdżających chłopaków. I witać. Dzień po meczu. O siódmej rano. Trochę można było poczuć się jak w armii na jakimś poligonie. Zabawne były też charakterystyczne koreańskie okrzyki, które drużyna wydawała tylko po to, żeby trener widział, że jest w zespole duch walki. Niektórzy piłkarze potrafili obcinać się na łyso, żeby zaimponować trenerowi, bo ścięcie włosów jest ich oznaką waleczności. Działo się dużo scen zupełnie niepodobnych do naszych realiów. - Krzywe zwierciadło. - Prawda, nie każdy jest tam przecież dziwny i sztuczny. Mam dwóch bardzo dobrych koreańskich kolegów. Spędzili trochę czasu w Europie. Rozumieją różnice między Zachodem a Azją. Sami mówią, że Koreańczycy, którzy nigdy nie wyjechali z Korei Południowej, mają zamknięte głowy i nie do końca czują się tam dobrze. A ci, którzy podróżowali po świecie i widzieli coś więcej, są bardziej otwarci. Problem w tym, że niezbyt wiele osób wyjeżdża poza ten kraj. Potem mają klapki na oczach. I tamtejsi trenerzy nadal wierzą, że zbawieniem dla gry zespołu będzie czterokilometrowa wspinaczka na górę albo implementowanie metod treningowych, które w Polsce z mody wyszły jakieś trzydzieści lat temu. Wyznają starą szkołę. Długo. Mozolnie. Bez piłek. I najlepiej jeszcze w śniegu. *** Zawada mógł stać się ciekawostką. Egzotyczną ciekawostką. Kolejnym gościem, który „kiedyś był w Wolfsburgu”, a później to już tylko w Wiśle Płock, Stali Mielec i o Jeju (United) - nie wyszło. Ale odbudował się w A-League. Dla Wellington Phoenix strzelał jak na zawołanie. Mówił, że Australia i Nowa Zelandia to jego miejsce na ziemi. Strzelił tam 22 gole w 42 meczach. Latem podpisał dwuletni kontrakt z RKC Waalwijk. To jeden z najsłabszych klubów Eredvisie, ale Zawada ma tam mocną pozycję, od samego początku jest kapitanem i od niedawna seryjnie strzela gole: 30.10, Vitesse, Puchar Holandii - gol, 23.11, Heracles Almelo, Eredivisie - gol, 07.12, Feyenoord, Eredivisie - gol, 14.12, Fortuna Sittard, Eredivisie - dwa gole, 17.12, SC Cambuur, Puchar Holandii - gol, 20.12, PEC Zwolle, Eredivisie - gol. W Holandii go chwalą. Pojedyncze głosy, że może go do reprezentacji Polski, bo Adam Buksa gra w słabszej lidze, a Karol Świderski jest w USA, są zdecydowanie przesadzone i pozbawione sensu. Ale historia Zawady jest ładna.

Jan Mazurek

48,698 views • 1 year ago

No more content to load